Domeną kultury masowej, jak pisała Antonina Kłoskowska w swojej książce Kultura masowa. Krytyka i obrona, jest to, że za pomocą środków przekazu dociera do szerokiej „zróżnicowanej publiczności pośredniej”. Badacze kultury zwracają uwagę na heterogeniczną naturę rzeszy odbiorców, traktowanej jako całość, na którą składają się przecież jednostki różnorodne nie tylko pod względem spełniania określonych kryteriów, zasilając tym sposobem coraz to nowe grupy docelowe wymyślane przez marketingowców (podzielone ze względu na wiek, płeć, status społeczny itp.), ale i mające też zróżnicowane osobowości czy pragnienia. Nie trudno zatem wyobrazić sobie, że przy tak nieokreślonym, zmiennym charakterze publiczności, wytyczenie jej potrzeb w sposób jednoznaczny i precyzyjny staje się niemożliwe. Nie oznacza to jednak, iż autorom wytworów kultury popularnej (takim mianem, jako określeniem mniej pejoratywnym, bywa zastępowana „kultura masowa", chodź niektórzy autorzy rozgraniczają te dwa pojęcia – zwraca na to uwagę np. Marian Golka) nie udaje się zyskać tłumu fanów i nabywców. Można by w tym miejscu przytoczyć niezliczone przykłady: filmów, książek, płyt, modeli mebli, designerskich urządzeń, elementów ubioru itd., które pokochały miliony ludzi na całym świecie. Nie należy zapominać, iż oprócz namacalnych produktów istnieją też „trendy” światopoglądowe lub po prostu związane ze stylem życia. Słynny słoweński filozof  Slavoj Žižek nazywa to tworzeniem fikcji, mających porządkować naszą rzeczywistość. Jednym z produktów kultury popularnej „ku pokrzepieniu serc” jest tzw. superbohater – postać fikcyjna obdarzona ponadludzkimi atrybutami, które pozwalają jej na obronę świata przed złem.

Superbohaterowie, odkąd się pojawili – cieszą się przychylnością tłumów, zapadają w pamięć i zarabiają mnóstwo pieniędzy dla twórców, którzy co jakiś czas po nich sięgają. Niemniej moda ma to do siebie, że przemija. Wśród superbohaterów jest taki, którego popularność trwa nieprzerwanie odkąd 50 lat temu pojawił się w Doktorze No, a nazywa się – Bond. James Bond.



Moje hobby to zmartwychwstawanie

Zapytany o hobby w nowym filmie o Bondzie, odtwórca głównej roli Daniel Craig odpowiada: „zmatrwychwstawanie”. O tym, że twórcy słusznie włożyli to zdanie w usta aktora (szóstego już skądinąd) wcielającego się w postać najsłynniejszego agenta świata nie trzeba nikogo przekonywać. Skyfall obejrzało w listopadzie na dużych ekranach ponad milion widzów – to największa liczba ze wszystkich kinowych propozycji miesiąca. Co decyduje o sukcesie Bonda? Na to pytanie odpowiadał Umberto Eco w książce Superman w literaturze masowej już niemal pół wieku temu. Konkludując jego rozważania, lubimy Bonda głównie za to, że niczym nas nie zaskakuje. Analogicznie do opowiadań Fleminga, w filmach wykorzystane są te same schematy fabularne, postaci, zwroty językowe, konstrukcje elementów świata przedstawionego. Dzięki temu nic nas nie dziwi, i jeszcze możemy być z siebie dumni, że odczytujemy te kody (!). No i na szczęście granice między dobrem i złem są jasno wyznaczone, a to pierwsze niezależnie od komplikacji musi zwyciężyć. Przyjemność ponad wszystko – głosił Freud, przekonując, że największą radość odczuwamy wtedy, kiedy mamy spokój, a nie przeżywając ekscytację. Co ciekawe, choć przygody Bonda nie awansowały do obiegu wysokoartystycznego, jego fanów można znaleźć także wśród nieco bardziej wyrafinowanych odbiorców kultury.
Dzieje się tak ze względu na odkrywanie przez nich „prostoty dawnej epiki” zręcznie przeniesionej w dzisiejsze czasy przez pisarza. „Bondy” zresztą –  książki i filmy –  uruchamiają w nas psychologiczne mechanizmy, wywołując emocje, które po prostu lubimy przeżywać, niezależnie od tego, czy poddajemy ten proces intelektualnym rozważaniom czy nie. Dowodem jest sukces kultury popularnej w ogóle. Na fenomen serii o Bondzie znaczny wpływ ma zarówno sama postać Bonda, będąca dla wielu widzów ucieleśnieniem ideału męskości, jak i postaci kobiece, realizujące wyobrażenie części mężczyzn o kobiecości. Charakterystyczny dla serii jest też fetyszyzm towarowy, czyli konsumpcyjny szał, w jaki wpadają niestety…tylko nasze oczy, które patrzą na bogactwo luksusowych, nierzadko futurystycznych a nawet fantastycznych przedmiotów. Owe fetysze nieraz ratują życie Bondowi i zmieniają bieg wydarzeń.

W służbie Jej Królewskiej Mości

Można pokusić się o stwierdzenie, że James Bond jest kimś więcej niż tylko (albo aż) bohaterem najdłuższej serii filmów w historii kina w ogóle, powieści, opowiadań, gier, komiksów oraz inspiracją dla podobnych postaci tego typu. Do języka na stałe weszły utarte zwroty z filmów. Dość powiedzieć, że same filmy oznaczają wszystko „naj”: przystojnych mężczyzn, piękne kobiety, świetnych muzyków, najlepsze samochody… tak wyliczać można jeszcze długo. Warto zauważyć, że powstało wiele reklam z Jamesem Bondem, albo chociażby aluzjami do tradycji bondowskiej, niezależnie od tego, czy promowane produkty mają związek z filmem. O ile jesteśmy przyzwyczajeni do wykorzystywania postaci agenta w spotach reklamowych samochodów, czy zegarków o tyle promocja coca-coli to już chyba przesada. Lista produktów ciągle się wydłuża. Dziś Bond reklamuje też komputery, telefony, perfumy a oprócz słynnego „wstrząśniętego”, ale „nie zmieszanego martini” pije mniej wykwintne piwo (i to zapewne nie wszystko). Każdej premierze towarzyszy ogromne zainteresowanie na całym świecie. Nie dziwi chyba fakt, że światową premierę w Londynie (23 października 2012 r.) uświetnił swoją obecnością książę Karol z małżonką Camillą. Rodzina królewska zdaje się być świadoma, że w dzisiejszych czasach, kiedy monarchia traci na znaczeniu, podparcie się „autorytetem” Bonda wzbudza dla niej sympatię poddanych. Takie działania czynią z nich monarchów nowoczesnych, przyjaznych i otwartych na zmiany. Poprawa wizerunku medialnego jest przecież bardzo istotna w zmediatyzowanym świecie. Pewnie dlatego królowa Elżbieta, znana ze swej powściągliwości, zgodziła się nie tylko udostępnić swój wizerunek, ale i osobiście wystąpić w filmie (po raz pierwszy!) inaugurującym igrzyska olimpijskie w Londynie. Lekka parodia wywołała nie tylko zachwyt i ogromne owacje na stadionie. Myślę, że monarchini zyskała jeszcze więcej szacunku u swoich poddanych (a z pewnością więcej sympatii –  wg badań Instytutu Ipsos Mori, po olimpiadzie prawie 70% Brytyjczyków ma lepsze zdanie o rodzinie królewskiej niż przed igrzyskami). Udział monarchini w filmie był najgorętszym tematem na Wyspach po olimpiadzie, w pozytywnych komentarzach dziennikarzy na całym świecie pojawiało się nawet słowo „cud”. Rzecznik pałacu Buckingham wygłosił specjalne oświadczenie w tej sprawie, zapewniając, że przedsięwzięcie sprawiło władczyni wiele przyjemności. Królowa Elżbieta nie kryje swojego przywiązania do legendy o Bondzie, o czym może też świadczyć nadanie przez monarchinię szlachectwa dwóm odtwórcom roli Bonda –Seanowi Connery’emu i Rogerowi Moore’owi,  między innymi za kilkukrotne wcielenie się w rolę 007. Agent ryzykuje przecież życie dla Jej Królewskiej Mości, przypominając czasy oddania poddanych monarchom. Film nagrany na otwarcie igrzysk udowadnia coś więcej niż to, że James Bond jest jednym z symboli narodowych Wielkiej Brytanii –  Daniel Craig jako Bond pojawił się wśród postaci realnych! Fenomen kulturowy związany z Bondem dziś polega na tym, że przestajemy traktować go jak inne postaci fikcyjne, jest już kimś w rodzaju starego przyjaciela. Chętnie oglądamy jak za każdym razem przy okazji kolejnych filmów mierzy się z największymi aktualnymi lękami świata. Wielkie emocje wśród fanów zawsze budzi pytanie: jaki będzie nowy Bond?



Bond ze Skyfall

Brak ostatecznego zakończenia opowieści o agencie 007 gwarantuje nam, że postać powróci w kolejnej odsłonie. Wiecznie żywy Bond musi pozostać wiecznie młody, dlatego co kilka lat trzeba „wymieniać” odtwórcę roli „na nowszy model”. Takie rewolucje, jak pokazuje historia, wiążą się ze także ze zmianą charakteru Jamesa Bonda. Niezależnie od wizji producentów, każdy z aktorów chce uniknąć kopiowania poprzednika i swoją kreacją postaci zasłużyć na miano „najlepszego Bonda”.  Dotychczas w agenta 007 wcielali się: Sean Connery, Roger Moore, George Lazenby, Timothy Dalton, Pierce Brosnan. To, którego Bonda typujemy jako tego idealnego zależy od indywidualnych upodobań. Obecnie James Bond to Daniel Craig.

Skyfall jest dla Craiga trzecim filmem w roli najsłynniejszego agenta. Kiedy przed paroma laty ogłoszono, że aktor zostanie nowym Bondem, wywołało to sprzeciw wielu fanów serii. Niezadowolenie wielbicieli 007 było spowodowane cechami fizycznymi aktora. Zgodnie z założeniem Iana Fleminga, autora, który wymyślił postać i tradycją filmową, James Bond powinien być przystojnym, wysokim brunetem. Craig nie spełnia przynajmniej dwóch ostatnich warunków (pierwszy pozostawiam każdemu pod własną ocenę). Mimo początkowej niechęci wielu osób, aktor został zaakceptowany jako Bond, i na razie nim pozostaje. W Casino Royale i Quantum of Solace Craig okazał się być przede wszystkim Bondem silnym, mechanicznym, brutalnym – maszyną do zabijania, pozbawioną szarmanckiego uśmieszku. Z poprzedników najbardziej przypomina Bonda-Conner’ego. Mało kto wie, że właśnie taki agent jest najbliższy wizji Iana Fleminga. Adaptacja Casino Royale – pierwszej powieści jest zatem nieprzypadkowym powrotem do korzeni. Do 2006 r. była ostatnią nieprzeniesioną na ekran książką Fleminga. Producenci wykorzystali już wszystkie pomysły Szkota, nadszedł czas, kiedy historię Bonda trzeba tworzyć na nowo.

Skyfall wszedł na ekrany kin cztery lata po Quantum of Solace. Z jednej strony najnowszy film zawiera całą esencję bondowskiej tradycji, z drugiej – agent 007 jest w nim zupełnie „do siebie niepodobny”. Jak głoszą dziennikarze i specjaliści, Bond stał się bardziej „ludzki”. Zaskakujące jest, że w końcu twórcy postanowili zdradzić tajemnice „strzeżone przez lata”. U Fleminga agent 007 jest postacią znikąd, wiemy o nim jedynie, że jest niezniszczalnym, czarujący agentem. Dotąd żaden filmowiec nie starał się tego zmienić. Skyfall obnaża życie Jamesa Bonda sprzed agentury i okazuje się, że wcale nie ma mu czego zazdrościć. Bond jest sierotą, stracił rodziców – Andrew i Monique Delacroix (!) we wczesnym dzieciństwie. Kiedy ich zamordowano, mały James schował się w tajnej skrytce rodzinnej posiadłości Skyfall, wyszedł z niej po dwóch dniach i „już nie był dzieckiem”, jak mówi stary przyjaciel domu. Takich danych pozwalających nakreślić portret psychologiczny bohatera jest w filmie więcej, chociażby test na skojarzenia, którym poddany zostaje 007. Oto jego wynik:

Broń – Strzelanie
Agent – Kłopoty
Kobieta –  Flirt
Serce –  Bicie
Ziemia – Niebo
M –  Suka
Księżyc – Ciemność
Zbrodnia –  Praca
Kraj –  Anglia
Skyfall –  …


Ten wykaz ma sprawić, że psychika bohatera stanie się dla widzów jeszcze bardziej przejrzysta. Bawiąc się w psychoanalityka, najogólniej można stwierdzić, że dla najlepszego agenta świata najważniejsze jest oddanie ojczyźnie, praca to dla niego cały świat. To przez jej pryzmat postrzega rzeczywistość. Bond wymazuje wspomnienia, które go ranią, udaje, że nie ma ich wcale (relacje agenta z kobietami, zwłaszcza z M, są niezwykle frapujące, ale i nie pozwalają na wyczerpanie tematu w kilku zdaniach, wymagają osobnego artykułu.) Psycholog wydaje w filmie jednoznaczną opinię:

Patologiczna żądza władzy, w wyniku silnej traumy. Obiekt nie nadaje się do pracy w terenie. Zalecane jest natychmiastowe zawieszenie.

Wbrew pozorom nie mamy czego zazdrościć Bondowi – nie ma rodziny ani żadnych krewnych, więc kiedy rzekomo umiera, M oddaje jego służbowe mieszkanie, pisze skromny nekrolog i tyle po najsłynniejszym agencie świata. Bond ma jednak asa w rękawie – legendarny model DB5 – Astona Martina w garażu. Tajemnicą przestaje też być sposób, w jaki dba o kondycję fizyczną. Oglądamy go np. jak samotnie wieczorem pływa w basenie. Na tym nie koniec degradacji Bonda. W ogóle w tym filmie da się wyczuć, że Bond jest człowiekiem samotnym, co dotąd ukazywane było jako niezależność i siła psychiczna, której tym razem mu brakuje. Jest zagubiony, nie wie komu ufać i po co to wszystko robi. W dodatku nie przechodzi testów sprawnościowych, nie może nawet trafić pistoletem do celu, ma zmarszczki i blizny, odczuwa ból i płacze. Zawsze w mig rozpracowywał nowinki techniczne – z tym też jest teraz gorzej. Nastąpił kryzys Bonda i nieuchronnie nadciągająca zmiana pokoleniowa. „A na cholerę mi taki Bond?” powiedziała Katarzyna Grochola w programie rozrywkowym jednej ze stacji telewizyjnych. Czy taki wizerunek Bonda w nowym filmie oznacza, że nie wierzymy już superbohaterom? A w erze mody na fejsbuka i psychoanalityka trzeba było wreszcie rozpracować Bonda i zajrzeć mu do portfela? I jak potentaci bondowskiego biznesu widzą losy agenta, kiedy zdaje się, że wycisnęli z niego ostatnie poty i „odgrzali” wszystkie możliwe symbole?

Chyba nie ma się o co martwić – w końcu w drugiej części filmu Bond bierze się w garść i zwycięża. Jest nadzieja na „starego” Bonda, który „wsiadając” do pociągu we właściwy dla siebie sposób poprawia mankiet, a wysadzając Skyfall pozbywa się wspomnień i w końcu żartuje „zawsze nienawidziłem tego miejsca”. Twórcy sugerują: „do diabła z godnością”, Bond odejdzie wtedy, „kiedy skończy zadanie”. Serie filmowe o superbohaterach nie muszą łączyć się w całość. James Bond will return!