Oto Philip Roth jakiego nie znamy. Roth ani nie mniej inteligentny czy prawdziwy niż zazwyczaj, jednak jakże bardziej czuły, bez niesmacznego sentymentalizmu, o ileż bardziej wyważony.


Cechy pisarstwa Rotha, które tak ujmują, to z jednej strony dosadność, z drugiej niezwykła umiejętność posługiwania się materią słów. W Dziedzictwie: Historii prawdziwej wyróżniki te uległy przeobrażeniu. Dosadność przekształciła się w pełne pietyzmu ważenie każdej sylaby, w maniakalną chirurgię słowa – tak jakby ten zapis miał być najważniejszą książką w życiu Rotha. Tak by nie trzeba było się wstydzić ani jednej litery, ani jednego przecinka, który zostanie oddany czytelnikowi po wydrukowaniu.
Wiąże się to bezpośrednio z drugą, wspomnianą wyżej cechą. Nie ma chyba potrzeby przekonywać nikogo o „rzemieślniczych” zdolnościach Philipa Rotha (unikajmy wyrażenia „talent”, brzmi banalnie), ale w przypadku Dziedzictwa autor osiągnął niebywały stopień harmonii między materiałem a techniką wykonania. Tematyka została ujęta w formę nie tylko sprawnie, ale można nawet pokusić się o stwierdzenie, że perfekcyjnie.
A łatwo nie było. Grunt był grząski – własne wspomnienia rodzą niebezpieczeństwo popadnięcia w poetykę tanich wzruszeń. Ponadto problematyka choroby i śmierci może stać się koszmarem… dla odbiorcy, jeśli pisarz nie powstrzyma się od epatowania cierpieniem. Rothowi udało się uniknąć tego typu literackich mielizn, dzięki czemu na nasze półki trafił artefakt dobrej jakości.
Historia choroby jego ojca, Hermana Rotha, została potraktowana z należytym szacunkiem i oprawiona w ramy realizmu (czasem o znamionach drobiazgowości), co służy tej opowieści. Nie jest to dziennik w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale zyskujemy pełny obraz faktów i zdarzeń. Co więcej, Rochowi po prostu się wierzy i ufa w jego narracyjną uczciwość. Tym bardziej, że w Dziedzictwie nie wystawia swemu ojcu kwiecistej laurki, lecz pisze w sposób szczery, także o jego wadach i ułomnościach. Unika też nadmiernego poetyzowania, przez co postać ojca nie jest przedstawiona jako mityczny heros, ale jako człowiek z krwi i kości, silny, zaś w miarę upływu czasu niedołężniejący i gasnący mężczyzna. Syn określa go jako potoczność, niepoetycką, ekspresywną i dosadną. Definiuje w ten sposób nie tylko ojca, ale i siebie, swoje dziedzictwo, a także własny styl pisania.
Nie da się ukryć, że taka postawa autora i ten sposób odmalowania trudnej relacji ojciec-syn wzbudza zaufanie i wzrusza (tego słowa nie dało się uniknąć). Jednak Dziedzictwo wzrusza w sensie prawdziwym, dalekim od łzawości romansów i kiczu. Dlatego nie jest to kolejna „powieść pożegnanie”, o „życiu i śmierci” czy swoiście pojęty hołd zasłużonemu, które łatwo wyrzucić z pamięci. Bo jest prawdziwa. Prawdziwa i namacalna, jak realizm dnia powszedniego, spędzanego z człowiekiem śmiertelnie chorym, bez taryfy ulgowej czy przerwy na reklamę.



Philips Roth, Dziedzictwo: Historia prawdziwa
Tłum.:: Jerzy Jarniewicz
Czytelnik
Warszawa 2007