Jesteśmy przyzwyczajeni do wzniosłości, patetyczności, wielkich słów, coś jest czarne albo białe i nie ma możliwości wypośrodkowania. Tymczasem Kapuściński pokazuje wszystkie odcienie szarości. Bieda przeplata się z bogactwem, rozwój z zacofaniem, władza i polityka z życiem.


Po raz kolejny mistrz reportażu – Ryszard Kapuściński – prowadzi nas ścieżkami swoich podróży. Tym razem – kraje byłego Związku Radzieckiego – Gruzja, Armenia, Azerbejdżan, Turkmenia, Tadżykistan, Kirgizja i Uzbekistan. Niby inne, a jednak podobne. Niby biedne, a jednak bogate. Niby brzydkie, a jednak piękne. Jak nie mówić zdaniami ostatecznymi, gry Kapuściński wydobywa perełki i przebłyski niesamowitości z tych zapomnianych przez Boga i ludzi miejsc? Jak wydawać sądy, kiedy czytamy o… no właśnie… o czym? Nie da się jednoznacznie zdefiniować, czego dotyczy cykl Kirgiz schodzi z konia. Bo przecież opisywane republiki są jedynie tłem dla żyjących w nich ludzi, dla ich historii, marzeń, przyzwyczajeń, radości, smutków. A to z kolei jest tylko tłem dla nas samych – dla naszych wyobrażeń, stereotypów, złudzeń.
Owe siedem południowych republik radzieckich właściwie nie miało swojego życia – ich historie są do siebie łudząco podobne. Przez wieki najeżdżane albo przez Arabów, albo Mongołów, Turków, wreszcie Związek Radziecki. Oprócz historii, surowość i hardość natury – uparty piasek docierał wszędzie i wszystkim usiłował zawładnąć. A jednak lata pokazały, że ani obcy, ani złowroga przyroda, ani wojny domowe nie zdołały zatrzeć tożsamości narodowej tych ludzi. Przechowują ją w strojach, toastach, książkach, czajowniach, obyczajach… Niezwykle bogata tradycja jest tam przemieszana z nowoczesnością, ale i z biurokratyzacją, z tendencją do ujednolicania – spuścizną po komunistycznym reżimie. Związek Radziecki stara się zatrzeć granice narodowe, wszystko sprowadzić do uschematyzowania, wypełnienia planu, wyrobienia normy. Kraje południa traktuje jak rynek zbytu. Stara się zniewolić ludzi, ale nie jest w stanie złamać ich niezależności. Co prawda, jeden z ormiańskich górników na pytanie: Jak ci się żyje? odpowiada: Już mam telewizor, ale postęp i nowoczesność przeważnie koegzystują z tradycją – młody inżynier w ciągu dnia pracuje przy budowie sieci irygacyjnej, a wieczorem, ubrany w tradycyjny strój oddaje się ceremonii picia herbaty. I jedno nie przeszkadza drugiemu.
Kapuściński podróżując po zakaukaskich i azjatyckich republikach Związku Radzieckiego skupił się na ich życiu codziennym, w które wplata się polityka, przemysł, technicyzacja. Pokazał, jak miesza się ona z religijnym i kulturowym dziedzictwem tychże krajów i jak zachowuje się człowiek wrzucony w taką rzeczywistość.
Wszystko to opisał językiem zwykłym, codziennym, bez patosu – ot zwyczajne – tak, jak się opowiada historie z podróży do dalekich krajów. W tę zwyczajną relację niepostrzeżenie wkrada się refleksja, zamyślenie nad czasem, historią, przemijaniem, postępem. Bardzo subtelnie, delikatnie, ale i z humorem.
Kapuściński jako znakomity obserwator celnie wychwytuje i przekazuje czytelnikowi drobiazgi zupełnie surrealistyczne – jak bilard w meczecie i ludzie siedzący do niego przodem, bo to miejsce święte. Niezwykła plastyczność języka, naturalnie oprócz zmysłu obserwacji autora, jest jednym z największych walorów cyklu Kirgiz… To tyko jeden z powodów, dzięki którym Kapuściński jest uwielbiany przez ludzi różnego wieku, wykształcenia, narodowości. I tak jak Kapuścińskiego nie trzeba przedstawiać, tak nie trzeba go polecać. A ja mimo wszystko i na przekór – polecam wszystkim i zapraszam do podróży na wschód.






Ryszard Kapuściński
Kirgiz schodzi z konia
Rok wydania: 2007
Wydawnictwo: Czytelnik