z Maxem Anderssonem na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Łodzi rozmawia Maciej Reputakowski



Maciej Reputakowski: Wiesz, w ilu krajach ukazały się już twoje komiksy?
Max Andersson: Pełne, samodzielne komiksy ukazały się w około dziesięciu. Jeśli dodać do tego antologie i czasopisma ,będzie ich mniej więcej dwadzieścia.



Premiera w którym z nich była dla ciebie największym zaskoczeniem?
Trudno mi określić, która z publikacji sprawiła mi największą przyjemność, bo zawsze się cieszę, gdy moje komiksy są wydawane i dostrzegane. Natomiast gdy wysłałem swoje prace do Stanów Zjednoczonych i gdy ukazały się właśnie tam, miałem już znacznie łatwiej. Wcześniej, dopóki nie wydano mnie po angielsku, ogóle nie byłem w znany w innych krajach skandynawskich, na przykład w Finlandii czy Norwegii .



Jesteś dobrze odbierany poza Szwecją?
To zabawne, bo zawsze, bez względu na kraj, moje komiksy kupuje około dwóch tysięcy czytelników.



Czy tak samo było w Stanach Zjednoczonych?
Tam może trochę więcej, ze trzy tysiące.



Czy to nie dziwne? Wydało cię w końcu dość prestiżowe Fantagraphics.
Fantagraphics jest o tyle ciekawym wydawnictwem, że posiada szeroki zakres i wydaje zarówno bestsellery, jak i pozycje skierowane do węższego grona odbiorców. Dzięki sukcesom z większymi tytułami może wydawać inne, ciekawe komiksy. Tworzyłem dla nich cyklicznie Death & Candy, ale ostatni numer niezbyt się spodobał i seria nie będzie się ukazywać. Poza tym Amerykanie wolą kupować komiksy w formie albumów, a magazyny i zeszyty sprzedają się coraz gorzej.



Jesteś określany jako twórca undergroundowy, sam tak o sobie piszesz na swojej stronie. Co dla ciebie oznacza ten termin?
To określenie staje się coraz mniej aktualne i nie odpowiada sytuacji. Duże wydawnictwa stawiają również na komiksy niszowe. To samo dzieje się filmie, gdzie wytwórnie szukają bardziej elitarnych produkcji.



Jesteś człowiekiem wielu talentów, zajmowałeś się między innymi animacją. Jakie widzisz związki - w narracji, środkach artystycznych, technice - obu tych form wyrazu?
To całkowicie inne media, więc różnice są ogromne. Ta podstawowa wynika z podejścia do czasu. Oglądasz film i nie możesz zmieniać jego tempa - chyba że za pomocą pilota, ale wówczas masz do czynienia z innym utworem. W przypadku komiksu ogromną pracę wykonuje czytelnik, który w głowie łączy symbole i obrazy. Tworzenie jest jak łączenie dwudziestu dziewięciu znaków alfabetu, a w przypadku komiksu jest jeszcze kilka innych elementów, które mogę wykorzystać.



Wykorzystujesz doświadczenia z filmem w komiksie lub na odwrót?
Czasami, ale nie do końca. Robiłem filmy, zanim zacząłem zajmować się komiksami, jeszcze w latach osiemdziesiątych. Potem pracowałem wyłącznie nad komiksami i dopiero teraz zajmuję się nowym filmem, jeszcze nieukończonym. Można więc powiedzieć, że przez piętnaście lat nie zajmowałem się filmami. Zacząłem je robić trochę „na odwrót”, tworząc początkowo w najtrudniejszej technice 24 rysunków na sekundę - można zredukować to sztuczkami do 12. Używałem też profesjonalnej taśmy, która nie jest niezbędna na takim etapie. Później z tego powodu nie miałem pieniędzy i musiałem obniżyć standard, a kolejny film zrobiłem w jeszcze niższej jakości, bez dźwięku, w czerni i bieli. I właśnie wtedy zacząłem tworzyć komiksy.



Twórca komiksów, animator, aktor, kompozytor… Ciągnie cię jeszcze do jakiejś dziedziny sztuki?
W tej chwili jestem zadowolony z tego, co robię. Mam zamiar nadal zajmować się tym, co wiąże się z obrazem, nie ciągnie mnie do innych dziedzin sztuki.



Byłeś już w Polsce na konwencie w Warszawie z Pixy. Teraz przyjechałeś z komiksem Pan śmierć i dziewczyna. Możesz go opisać?
Pixy był pojedynczą, zamkniętą historią. Ten album zawiera krótsze historie, z których część powstała przed Pixy, a kilka jest nowszych. To zbiór, w którym znalazły się opowieści, jakie stworzyłem w ramach krótszej formy.Pixy powstawał trzy lata, a ja w międzyczasie rysowałem również mniejsze komiksy do magazynów. Siłą rzeczy wpływały one na album i vice versa.



Co spośród rzeczy, które stworzyłeś, najchętniej wydałbyś w Polsce?
Jest postać, którą lubię i która pojawia się w wielu moich komiksach, ale nie jest tak dobrze znana. To Car Boy.



Twoje komiksy przedstawiają dość ponurą wizję świata, krytykują rozmaite obszary relacji międzyludzkich. Patrzysz na świat przez ciemne okulary. Czy jest w tym miejsce dla nadziei i optymizmu?
Gdy słyszę to pytanie, zazwyczaj się nie zgadzam. Można wierzyć lub nie, ale jestem dość wesołą osobą i te komiksy mnie bawią. Używam dużo czarnego tuszu bo jest przyjemniejszy dla oka. A źródłem optymizmu są przede wszystkim szczęśliwe zakończenia. Poza tym postaci, znajdujące się często w ponurych sytuacjach, starają się być miłe i poszukują szczęścia. Przykładowo, w pierwszej historyjce albumu Pan Śmierć i dziewczyna, bohaterem jest Śmierć. Już w pierwszym kadrze zostaje zwolniony z pracy, ale się nie poddaje, idzie do urzędu zatrudnienia i otrzymuje posadę w przedszkolu. Potem zostaje napadnięty w metrze, ale poznaje dziewczynę, z którą się zaprzyjaźnia. Dzieci go uwielbiają… Na dłuższą metę jest to pozytywna historia.



Pomimo mrocznej stylistyki w twoich komiksach nie brakuje humoru. Jakie sytuacje bawią cię najbardziej?
Nawiązując do poprzedniego pytania, aby coś było naprawdę zabawne, musi być równocześnie trochę tragiczne, coś musi znajdować się pod powierzchnią dowcipu.



Czyje komiksy, spośród współcześnie tworzących autorów, sprawiają, że mówisz: że też ja czegoś takiego nie napisałem!?
Widzę takie rzeczy cały czas, nie muszą to być koniecznie komiksy, ale też obrazy lub filmy. Gdy byłem młodszy próbowałem tworzyć rzeczy podobne do tych, które mi się podobały. Teraz tworzę bardziej osobiście, ale dzięki temu widzę błędy, jakie popełniam. Lubię rzeczy, które nie są idealne w wykonaniu.



Wydaje mi się, że twoje prace są podobne do tych, jakie tworzy Tim Burton. Wiele twoich postaci z wyglądu przypomina te wykreowane przez niego.
Bardzo lubię prace Burtona, ale siadając do swoich komiksów nie znałem jego filmów, więc podobieństwa są przypadkowe. Myślę, że oddziałują na nas dzieła podobnych autorów. Przykładowo, Edwarda Goree, który ilustrował książki w latach 50., 60., 70. i 80. Myślę, że Tim Burton je czytał i mocno na niego wpłynęły. To tylko jeden przykład. Jest wiele rzeczy, które krążą w kulturze i powracają.



Masz już na koncie komiksy, które robiłeś wspólnie z innym twórcą.
Pewnie masz na myśli projekt, który tworzyłem z kolegą ze Szwecji podczas wyjazdu do Bośni. To było trudne zadanie: przyjąć inny punkt widzenia. Byłem tym bardziej zaskoczony, że na publikację naszego komiksu zdecydowano się w Bośni, Serbii, Słowenii i Chorwacji.



Co takiego było w komiksie Bosnian Flat Dog, że mógł okazać się trudny w odbiorze?
Początkowo chcieliśmy zrobić komiks o naszej wyprawie do tego kraju, ale z czasem historia zaczęła żyć swoim życiem. Stawała się coraz bardziej opowieścią o nas, o tym, co dzieje się w naszych głowach, o naszych wyobrażeniach i marzeniach. O czymś więcej niż tylko o Bośni. Dlatego tak się zdziwiłem, gdy ludzie z Bośni i Serbii przyszli do nas i powiedzieli, że znajdują w naszym komiksie coś bliskiego i prawdziwego. Wcześniej obawiałem się, że nas tam znienawidzą za to, że przyjechaliśmy, robiliśmy, co nam się podobało i przedstawiliśmy nasze subiektywne spojrzenie. To był także eksperyment techniczny. Jeden z nas rysował część, potem przekazywał drugiemu i tak przerzucaliśmy rysunki między sobą. Ostatecznie komiks nie jest dziełem moim ani mojego przyjaciela, ale jakiejś „innej” osoby. Rezultat był bardzo dobry i świetnie się bawiłem, ale od tej pory tak nie pracuję, gdyż ta formuła wymagała wyjątkowo ciężkiej pracy.



Potraktuj to jako żart, ale gdy przygotowywałem się do tej rozmowy, jeden z internautów chciał, żebym zapytał, czy trudno jest wpisać tekst w dymek. Możesz mu odpowiedzieć?
Ja zawszę robię to tak, że najpierw wpisuję tekst, a potem otaczam go dymkiem. Inaczej nie da się tego zrobić.



6 października 2007