Kraków to jedno z nielicznych miast ze stygmatem bastionu tradycji, w którym tak dobrze rozwija się sztuka współczesna, czego najlepszym dowodem jest coraz liczniejsze grono młodych twórców

Podwójny debiut
Choć w jego życiorysie za debiut podaje się wystawę w galerii Zderzak, sam uznaje jednak za takowy dopiero wystawę w Kunstburo w Wiedniu w 2005 roku. Dlaczego? - Wtedy moja twórczość stała się dojrzalsza. Potrzebowałem czasu, żeby swobodnie eksperymentować - mówi Paweł Książek.
Do najciekawszych jego prac należą swoiste freski, “murale”. To baudillardowskie symulakry, kopie, które straciły kontakt z rzeczywistością. Są fragmentami otaczającego świata, przetworzonymi w wyobraźni artysty. Wchodzą w nietypowe interakcje z przestrzeniami, w których są eksponowane (jak podczas świetnej wystawy w galerii Potocka). To projekty in situ, dopasowane do miejsca, w którym są wystawiane. Artysta wprzęga „white cube” galerii w tryby swojej sztuki, tworząc niejako „dzieła totalne”.
Widać tutaj fascynację bezkształtnością farby, jej konsystencją, plastycznością. Dosłownie wylewa się z obrazu, zawłaszcza otoczenie. To wyraz fascynacji Książka tym, gdzie przebiega granica pomiędzy iluzją a rzeczywistością.
Z czasem artysta odszedł od tej tematyki, badając pola popkultury. Fascynuje się życiorysami gwiazd rocka, piosenkarzy, pisarzy, poetów, i ich wizerunkami, wykreowanymi przez mass media. Doskonałym tego przykładem jest cykl genetowski, inspirowany zakazanym w USA filmem Un chant d’amour. Artysta utrwalił poszczególne klatki obrazu, rzucane przez projektor na ścianę pracowni. Historia „inności”, która fascynuje i przeraża, stała się punktem wyjścia dla pytania o sens wolności. W tle jednej z „zakazanych klatek filmowych” znalazła się, ułożona z kawałków taśmy, flaga amerykańska. Mit kraju- oazy liberalnej wolności prysł.
Malarska historia gwiazdy rocka, Richey Edwardsa, gitarzysty i autora tekstów kultowej grupy rockowej Manic Street Preachers, to partytura samookaleczenia i destrukcji. Książek pyta o intymność bólu. W popkulturowej wizji gwiazdy rocka to wzory męskości, nie mają przypadłości takich jak anoreksja czy problem samookaleczenia. Tymczasem Edwards, zapytany w jednym z wywiadów o szczerość swoich tekstów, żyletką wyciął sobie napis "4real" na przedramieniu. Los Edwardsa od momentu opuszczenia hotelu Embassy w Londynie, w lutym 1995 roku, do dziś pozostaje nieznany, stąd pytajnik w nazwie tego cyklu.
W estetyce jego obrazów zawsze ukrywa się jakiś demon, przemoc, zło. To piękno przerażające i intrygujące zarazem. Paweł Książek szuka nowych kontekstów i dróg interpretacji, spekuluje. Ze zdjęć, z których korzysta przy malowaniu, wydobywa szczegóły, nieistotne dla pierwowzoru, szukając dla nich nowych, często złowieszczych znaczeń. Jak w najnowszym cyklu, w którym bohaterką uczynił Sylvię Plath.

Krakus w Rastrze
Bartek Materka na tytuł swojej debiutanckiej wystawy w Rastrze w 2004 roku wybrał dialog z Powiększenia Antonioniego: Co zobaczyłeś w tym parku? - Nic. Odwołanie do włoskiego mistrza kamery w kontekście prac tego artysty wydaje się trafione. Ale gdzie w labiryncie prac różnych artystów odnaleźć nić, łączącą jego prace z twórczością znakomitego reżysera? Wydaje się, że inspiracje Antonionim leżą daleko głębiej niż skromny cytat, zawarty w tytule wystawy. Malarstwo Materki, podobnie jak film Powiększenie, to znakomicie sfotografowane obrazy rzeczywistości, których rdzeniem jest fascynacja światłem, grą kolorów. W ten sposób zmusza do myślenia, angażuje, pozwala wyizolować się i zatopić w przeżycia bohatera. Rozkładanie świata na czynniki pierwsze pomaga go zrozumieć, zatrzymywanie kamery na fragmentach rzeczywistości umożliwia kontemplację. Materka skupiając się na pojedynczych elementach, „powiększając” je, zwraca uwagę widzów w stronę prawdy o codzienności i nas samych. Widok parku, drzewo, twarz. Swoją twórczość przeplata różnymi inspiracjami. Widać u niego zarówno odwołanie do fotografii, programów telewizyjnych, ale także sztuki abstrakcyjnej. Wszystkie jego obrazy są przetłumaczeniem na język malarstwa codziennej obserwacji. Jednak nie jest to prosty zapis. Raczej próba nadania mu arealnego charakteru przez nietypowe rozwiązania kolorystyczne czy formalne. Widoki i portrety utkane z wielu warstw cyfr i liter są jak wyjęte ze świata komputera. Jego obrazy wibrują. Dosłownie. Wychodzą na spotkanie z widzem, zmieniają się na jego oczach, sugestywnie grają z jego wyobraźnią, rezonują jego wrażliwość. Tytułowe „nic” nabiera kształtów.

W stronę konceptualizmu
Janek Simon to dziecko sztuki mediów. Tworzył „dywany”, oparte na tradycyjnych motywach kaukaskich, które przekładał na język gier komputerowych. W roku 2002, gdy „wojna z terroryzmem” rozpętała się na dobre, Simon stworzył pracę, która ciągle zaskakuje swoją aktualnością. W Carpet Invaders, bo o niej mowa, wzór dywanu tworzyły nie wełniane sploty, lecz wirtualny obraz. Powstała gry komputerowa. Rzut na podłogę, podkreślający pierwotną funkcję "dywanu", jest jednocześnie wojennym ringiem, polem walki. Dekoracyjne ornamenty stają się maszynami wroga, które gracz musi zniszczyć. Ręka, która z supełków tworzy wyrafinowane dzieła sztuki, potrafi równie zręcznie zabijać. To jak zderzenie cywilizacji z ksiązki Huntingtona.
Z czasem Janek Simon skręcił w stronę konceptualizmu. W najnowszym projekcie zorganizował sam Rok Polski na Madagaskarze. W pierwszej prezentacji sztuki znad Wisły nie pojawiła się żadna praca z Polski, za to zaprezentował prace Vlada Nancy z Rumunii, Ivana Moudova i Krassimira Terzieva z Bułgarii, Erika Bindera ze Słowacji oraz czeskiej grupy Guma Guar. Mimo to udało mu się opowiedzieć o Polsce - kraju wzrastającego nacjonalizmu, notorycznych ingerencji Kościoła w sferę polityki, ciągłe zawłaszczania sfery publicznej przez „tych, co wiedzą najlepiej”, bezmyślnej konsumpcji czy kwestii uczestnictwa w wojnie w Iraku. To także odwołanie do tradycji Ligii Morskiej, snu jej członków o budowie morskiego imperium i … kolonizowania Madagaskaru. Z konglomeratu prac wyłania się pytanie o pojęcie narodu, tak istotne u progu IV RP.
Projekty Simona to zabawa humorem, w którym tkwi ironiczny potencjał. Wyśmiewa otaczającą nas rzeczywistość, ciasnotę horyzontów myślowych. Jego sztuka jest dowodem, że sprawy istotne można podać w opakowaniu zwanym humorem.

Halucynacyjne wizje
Jakub Julian Ziółkowski to mistrz w budowaniu narracji. Czy można znaleźć węzeł splatający twórczość Kandinskiego, Wróblewskiego, surrealistów czy Neo Raucha, a światem własnym wyobrażeń?- to pytanie, które w zrodziło się w głowie artysty, daje niezwykłe rezultaty. Poszukując znaczenia symboli umieszcza ten sam wzór w różnych kontekstach. Każda praca jest kolejną odsłoną tego samego motywu. Jakby chciał odwołać się do naszej podświadomości i zmusić do przypisywania im kolejnych warstw znaczeń. Te piętrzące się układy stają się impulsem do rozważań o konstrukcji ludzkiej świadomości. Pomiędzy abstrakcją a malarstwem figuratywnym, pomiędzy intensywną a monochromatyczną gamą barwną drżą inspiracje Salvadorem Dali i Maxem Ernstem. Dominują tu odrealnione układy figur i znaków, mające wyobrazić rzeczywistość snów i marzeń. Ziółkowski, mimo tradycyjnego charakteru swojego malarstwa, lubi szokować. Najlepszym tego przykładem są zaprezentowane w galerii Zderzak podczas wystawy No landscapes prace, nadrealne wizerunki świata i wyimaginowane sceny, zaczerpnięte jakby ze snu i marzeń. To wrażenie potęguje jeszcze niekonsekwencja w stosowaniu perspektywy. Ujęcia z różnych stron mieszają się, piętrzą i nakładają na siebie.
Trudno jednoznacznie określić inspiracje towarzyszące procesowi twórczemu Ziółkowskiego. W jakimś stopniu jest to świat jego podświadomości, hermetycznie oddzielony od rzeczywistości. Może to jakieś halucynacyjne majaki? W tym sennym koszmarze pojawiają się barwne rośliny i kolorowe mikrozwierzątka. Ale nie ma tu spokoju. Pod warstwą kładzionej płasko farby rozgrywają się wielkie konflikty, każdy walczy tu o to, by przeżyć.

Performerka
13 października 2006 roku, wystawa Fin de siecle w Muzeum Narodowym w Krakowie. Dużo gablot, eksponatów, spora grupa zwiedzających. Ale tym razem nie przyszli oglądać secesyjnych krzeseł ani sukni balowych z początku wieku. Przyszli zobaczyć „zwiedzających”. Dosłownie. Siedem osób, które powtarzają zachowania typowe dla publiczności w muzeum (ruchy dłoni wskazujące na zamyślenie np. podparcie brody, złożone z tylu itd). To performance Zorki. Rozpisuje role dla aktorów, którzy wkraczają na ekspozycję i zaczynają te zachowania odgrywać. Dwie dziewczyny poruszają się wokół różnych eksponatów w różnych końcach sali, przy czym robią to samo jednocześnie. Są tak dyskretne, że trudno to zauważyć. Nieuprzedzony widz w ogóle nie ma pojęcia o tym, że jest świadkiem akcji artystycznej. W pewnym momencie schodzą się przy jednej gablocie i powtarzają swoje ruchy. Ktoś zauważa "coś dziwnego", ale udaje, że nic się nie stało. Po chwili aktorki rozchodzą się w różnych kierunkach.
- W jakimś sensie inspiruje mnie sztuka Grotowskiego zwłaszcza, że pracuję w tym samym obszarze tematycznym. Świadomość własnego zachowania i rola podświadomości. Sytuacje, kiedy to nie ty robisz gest, ale on porusza tobą. Jak przekroczyć świadomość gestu, żeby ona cię nie blokowała - mówi Zorka.
Wcześniej młoda artystka, walcząc z niekończącym się remontem swojego nowego mieszkania, po prostu wprowadziła się do jednego z zestawów mieszkalnych w krakowskim sklepie IKEA. Nie przeszkadzał jej brak drzwi, a także niektórych ścian. Nawet wizja tłumu ludzi przechodzących tuż koło jej sypialni i dziennego pokoju. Doskonale urządzona, niewielka przestrzeń jest dla wielu wyznacznikiem nowoczesnego wnętrzarstwa i designu. Sypiając w wystawionych na sprzedaż łóżkach, korzystając z łazienek, w których z każdego przedmiotu zwisały wywieszki z cenami, pracując, jedząc i rozmawiając w sztucznej przestrzeni idealnego mieszkania, pokazuje „małe” marzenia swoich rówieśników i ludzi nieco od niej starszych, zamknięte na 40 m2.
Innym projektem Zorki był Koncert na wysokie obcasy. Odbył się w budynku Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego w 2004 roku. Publiczność, zgromadzona w holu gmachu, mogła usłyszeć, jak miarowe stukanie obcasów o posadzkę oddala się w głąb budynku, po czym powraca narastającym dźwiękiem. Osiem ukrytych w budynku wykonawczyń wystukiwało muzykę na poszczególnych piętrach. Różne rodzaje obcasów – od szpilek po koturny- wywoływały różne dźwięki.
Ten wybór artystów jest zupełnie subiektywny, dobierany według klucza osobistej wrażliwości. Wielu obiecujących nazwisk w zestawieniu zabrakło. Może w następnym przewodniku po młodych nazwiskach krakowskiej sztuki znajdą się Karolina Kowalska, Agata Biskup czy Anna Maria Karczmarska? Trudno jednak zebrać i sklasyfikować wszystkich z coraz liczniejszego grona młodych twórców. To świeże nazwiska, którym wróżę świetną karierę. Także poza miastem - matecznikiem, czego najlepszym przykładem jest wspomniany Janek Simon, który właśnie zdobył główną nagrodę w Spojrzeniach Deutsche Banku.