Miałam o tegorocznej Nike nic nie mówić. I nie mówiłam, do momentu, gdy nie przyjechała do mnie znajoma z Warszawy. Poranna kawa. Pyta, czy czytałam nowego Myśliwskiego. Mówię, że tak i ucinam dyskusję. Zdezorientowana znajoma dalej brnie sama, że niebywała, że język, że Nike dostał! A Nike to taki znak jakości przecież, nie bez powodu nagradzają, prawda? Musi być dobre.


Potakuję. Prawda, owszem i ja się zgodzę. Ale dlaczego dwa razy? Dziesięć lat temu Myśliwski w pierwszej edycji konkursu został uhonorowany za powieść Widnokrąg.
Po dekadzie milczenia wydaje Traktat o łuskaniu fasoli i po problemie. Wiadomo komu kwiatki, a komu laurkę. Nie musimy wystawiać się na ataki, jak przecież bywało, że czytelnicy nagrodzonej powieści mówią o nagrodzie [najk]. Bo proszę - i refleksja piękna i wymowna, i podsumowanie, człowieczeństwo i historia. Ważkie tematy we właściwej formie.

Wbrew pozorom nie chcę tu niczego podważać. Myślę tylko, po co Myśliwskiemu ta nagroda? I tak będą go czytać. Nike potrzebna jest młodym, ambitnym i nadzwyczaj zdolnym. Nie twórzmy kółka wzajemnej adoracji z obawy przed dyskusją i zdegustowanymi głosami wytwornych czytelniczek, które w samotny, piątkowy wieczór nie chcą emanacji przemocy czy niestosownego języka.
Zresztą, czy jest tu o czym dyskutować? Za rok zapewne Szymborska wyda kolejny tomik, będzie o czym rozprawiać, pisać recenzje, chwalić i dziękować. Ale ktoś to powiedział już chyba, więc na tym poprzestanę.
Nike z założenia przyznawana jest najlepszym książkom ubiegłego roku, z naciskiem na prozę. Zdarzało się w historii nagrody, że wyróżnione były książki poetyckie, choć jak nietrudno zauważyć, w grę wchodzi zapewne cezura wieku. Czy wynika to z niedostrzegania poezji najnowszej przez konserwatywne (zazwyczaj) szanowne Jury? Nie wiem. Stwierdzić jednoznacznie, że o poezji najnowszej się nie pisze i nie mówi, to nadużycie. Mówi się, owszem. Tylko nie o najnowszej i nie za głośno, żeby nie było, że chwalimy pseudoliteracki bubel. Młodych poetów nawet jeśli się czyta, to na forach poważnej krytyki, dyskretnie odwracającej wzrok, brakuje poświęconych im artykułów i pogłębionych analiz. Książki poetyckie wychodzą i funkcjonują w jakimś niezrozumiałym dla mnie drugim obiegu - w milczeniu i wstydliwym patrzeniu na czubki butów. Bezpieczniej nagrodzić Różewicza czy Miłosza. Gwarant jakości, choć zmurszałej.
Sposób, w jaki mówi się o współczesnej poezji polskiej i jak się ją traktuje, tak naprawdę drażni mnie najbardziej. I mimo że Nike nagradza raczej powieści, choć z wyjątkami (jw.), a i ja zdecydowanie po stronie prozy stoję - to powiem z żalem: Szkoda, naprawdę szkoda, że nie Kolonie. Racja, dobra literatura obroni się sama. Chciałabym jednak, by krytycy wykazali się większą asertywnością. By pokazali, że poetycki świat nie kończy się na Różewiczu, Barańczaku i Szymborskiej. Że są młodzi, których odkrywanie jest ciekawsze niż badanie potwierdzających mistrzostwo spuścizn. Zachowawcze czytanie literatury mnie nie zadowala. Tchórzostwo. I tyle.

Zatem o Różyckim, finaliście tegorocznej Nike (rocznik siedemdziesiąty), bo Kolonie to książka, o której nie da się zapomnieć. I teraz trochę poważniej będzie. Wracam do tego tomiku, bo wciąż czuję, że jest w tych wierszach coś, co mnie bardzo określa. Jest świat, któremu nie potrafię się przeciwstawić, są słowa, które pozwalają tradycji odnaleźć się we współczesności, a mnie czytającej zakorzenić się głębiej, mocno trzymając się osobistego doświadczenia czasu, który dzieje się teraz i czasu, który powtarza się wciąż.
W poezji Różyckiego można odnaleźć kilka newralgicznych miejsc, spraw, które stara się opisać, wypisać, zapamiętać, oswoić. Zbiór Kolonie otwiera wiersz Kawa i tytoń, inicjując tym samym przewijającą się przez cały tomik dyskusję o twórczości. Podmiot liryczny wyznaje, że przez wiersze stał się :


(…)jakimś dziwnym upiorem, wiecznie niewyspanym,
o przezroczystej skórze, chodzącym po mieście

jakby lekko naćpany, kładącym najwcześniej
się razem z wściekłym blaskiem (…)



Wiersze są zatem siłą, która zmienia, która potrafi owładnąć życiem, przez które można zamienić się w insekta, mendę, upiora. Poezja jest wyniszczającym stopniowo żywiołem, zaś wypowiedziane słowo poetyckie obrasta w świat, żyje nocą, jęczy, gryzie, staje się potworem, co noc kosztującym czyjejś krwi (Żywy towar). Jest fascynujące, porywające w swej naturze, ale przerażające swym samoistnym życiem. Pisanie staje się chorobą, którą trzeba leczyć, ukrywać przed światem, wstydliwą przypadłością, która przenosi się przez sen. Ale tylko poezja daje możliwość bycia bogatym w ten jedyny, niepowtarzalny sposób:


że kupię sobie wyspę i będę tam latał
piętnaście razy dziennie (…)
będę znajdował w łóżku szlachetne kamienie (Koralowa zatoka)



Poezję tworzy się bólem, i rozkoszą, rozkoszą pisania do szaleństwa, gorąco, pisania całą duszą.
Wiersze w Koloniach układając się w cykl, swoistą dyskusję z samym sobą, w etapy oswajania języka poetyckiego, od przerażenia, bólu, goryczy i samotności, po przyjemność pisania i uznanie, iż poezja jest najważniejszym językiem, bez którego nie sposób opisać świata. To wyraz niezwykłej miłości i fascynacji słowem pisanym, słowem, które kreuje rzeczywistość, uwiecznia piękno, ale potrafi też zabić.
Dużo miejsca w książce poświęca poeta podróżom. Są to rzeczywiste zapiski, wspomnienia z odbytych wypraw, jak w utworze Kolej żelazna. Życie w drodze rozmywa poczucie czasu, w krajobrazie brakuje punktu oparcia, co pozwala poczuć się częścią świata, „oddać się fizyce” i uwierzyć, że ma on sens, jest oparty na logicznych wzorach, jest skończoną maszyną. Podobnie w utworze Dryfowanie, w którym znajduje się oniryczny opis nocnej podróży pociągiem, kiedy traci się kontakt z rzeczywistością, a czas daje się biec zupełnie innym torem. W wierszu Boksyty i kardamon jest mowa o podróży odrealnionej. Metrem świata, włoskim, francuskim. Po to, by „zgubić Europę Środkową”, by stać się wreszcie tylko człowiekiem. Utwory o podróżach rzeczywistych i tych nierealnych stają się dla poety punktem wyjścia do refleksji nad miłością, tożsamością, przemijaniem. I nie jest to tylko metafora życia. To podróże w głąb siebie, w głąb doświadczenia rzeczywistości, od której nie można się uwolnić. Można obserwować i spostrzegać, lub zamykać oczy i tak dotrwać do nieuchronnego końca dni.
Nie da się jednak uciec przed świadomością. Jedynym ratunkiem, wyzwoleniem, chwilowym zapomnieniem i wypełnieniem pustki egzystencji jest miłość, o czym w niezwykle liryczny sposób mówi wiersz Maczety i karabiny:


(…) osiemnaście przyczyn,
dla których warto wstawać, cztery pierwsze słowa,

które wypowie dziecko, twoja liczba mnoga
w stosunku z moją pojedynczą i wyniki
tego działania w łóżku (…)



I to nie są truizmy, daleko Różyckiemu do sloganowego zacięcia. To poeta przypadku. Przypadkiem zapuści się gdzieś dalej, zwiedzi odleglejszy trawnik, czyjąś twarz. To podróże po rysach człowieczeństwa, po pozostawionym śladzie, gdy mówimy, że dzieje się człowiek.
Kolonie są książką o doświadczaniu życia. Układające się w cykl powiązany najważniejszymi tematami w twórczości poety – podróże, poezja, miłość, śmierć, które misterną siatką, przenikającą każdy wiersz z osobna, tworzą katalog doświadczeń, z których każdy skrupulatnie opisany poetycką karteczką, przenosi w świat poetyckiej empirii. Świat, który wciąż zarasta, w którym znikają wydeptane ścieżki, przetarte szlaki i oswojone miejsca, świat, który się stroszy i puszy. Który trzeba kolonizować nieustannie, opisywać codziennie inny, choć ten sam wyraz twarzy kobiety, która budzi rano kawą. Poeta zakłada kolonie w czasie, na parapecie, zakłada swoje kolonie w każdym miejscu, dziedzinie życia i wraca do swojej metropolii - bezpiecznej wyspy poezji. Zaznacza swoje miejsca i poszerza ostrożnie terytorium, próbuje oswajać rzeczywistość fascynującą i piękną, choć jednocześnie niebezpieczną, wrogą i nieprzewidywalną.
Różycki dotyka spraw elementarnych, jednak w zupełnie nowy i egzotyczny sposób. Tytuły: Perkal i korale, Wyspy Pieprzowe, Ostrygi i daktyle, Konopie i korzenie sugerują wyprawy w odległe, egzotyczne kraje, jednak wydarzenia opisywane dotyczą dobrze znanej, polskiej rzeczywistości. Poprzez niezwykłe tytuły poeta otwiera świat swojej wyobraźni, ukazując połączenia między zewnętrznym a wnętrzem światem ludzkich przeżyć, pomiędzy światem poezji a codziennością i to, jak często nie da się postawić wyraźnej granicy.
Poezja hipnotyzująca, pozwalająca na inny ogląd rzeczywistości. Na re-odczytanie świata, a w nim re-odczytanie siebie. I to fascynuje mnie nieprzerwanie.

I teraz refleksja. Czy ludzie rzeczywiście nie czytają (literatury dodam, żeby nie było, że owszem, szyldy, rozkład jazdy tramwaju, czy menu w pubie)?
Moim zdaniem statystyki, którymi straszy nas co jakiś czas ministerstwo, trochę są zaniżone. Bo się czyta. Czyta się na polonistyce, to z pewnością (choć nie do końca, i nie zawsze książki, ale dziś nie o tym). Czyta się, a techniki tegoż są iście frapujące. Czyta się bowiem na Nobla, na snoba lub „tak trochę”. Z tych możliwości – ta ostatnia – zdecydowanie najciekawsza. Mianowicie trzeba kupić jakąś gazetę, z powodzeniem dziennik, dla ambitnych tygodnik z dodatkiem kultura. Przejrzeć ów periodyk, tam nowości książkowe po dwakroć (wystarczy) i dyskusja się toczy Tak, tak, czytałem, to o tej kobiecie, która nie kochała męża, świetny styl, co za język… Erudyci tysiąca znaków ze spacjami.
Ale nie o tym chciałam. Jak udowodniła mi znajoma, czytuje się w Polsce na Nike. Nagroda spełnia jedną ze swoich dydaktycznych funkcji, pokazując opinii co dobre, co należy, co warto. Wspaniale. Nie mi oceniać wybory Jury. Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć jedynie, że jest głód literatury, literatury współczesnej podkreślę, która opisze doświadczenie świata dziś, pozwoli skonfrontować z osobistym doświadczeniem czasu, w którym żyję, problemami, które mnie dotykają, uniwersum wreszcie, które będzie przystawało do dzisiaj, tu i teraz.

Czytanie na Nike może nie jest złą tendencją. Naprawdę cieszę się, że są ludzie widzący w księgarniach coś więcej niż opaskę „Nagroda Nike 2007”.
Ostatecznie, jeśli statystyczny czytelnik ma czytać jedną książkę rocznie, niech czyta na Nike.

Tylko, Nike, proszę, zwiążże wreszcie ten sandał!




Tomasz Różycki
Kolonie
Rok wydania: 2006
Wydawnictwo: Znak