Od trzech lat, jesienią organizowany jest ogólnopolski Festiwal Pora Prozy. W tym roku objął dziesięć miast, między innymi Kraków (16-20 października). Wybraliśmy się na dwa spotkania, subiektywnie najciekawsze. Jest głód rozmowy. To bardzo dużo, ale czy wystarczy?


POKAŻCIE NADGARSTKI!
relacja ze spotkania autorskiego Kogo i Co Boli w Młodej Polskiej Prozie


17 października, w ramach festiwalu Pora Prozy, odbył się w krakowskiej Café Szafé panel dyskusyjny z udziałem „polskiej młodzieżówki literackiej”. Dotarli prawie wszyscy uczestnicy dyskusji - Agnieszka Drotkiewicz, Marta Dzido, Juliusz Strachota i Jakub Żulczyk, wraz z prowadzącą spotkanie Renatą Bożek, psychoterapeutką i miłośniczką polskiej prozy najnowszej – Justyną Jaworską. Dotarli, ale dwie godziny później, niż zapowiadali. I chociaż towarzystwo doborowe, temat ciekawy, problematyka kontrowersyjna, to po piętnastu minutach na sali zapanowała atmosfera znużenia, której nie udało się już później przezwyciężyć.
Na początku padło pytanie o tendencje w nowej polskiej prozie. Na sugestię, jakoby można było określić ją mianem „antykorporacyjnej”, młodzi autorzy zareagowali bardzo niechętnie. Bez względu na słuszność tego ogólnikowego stwierdzenia, nie dali przyprawić sobie gęby. Ich święte prawo. Nic dziwnego, że „o sytuacji nowej polskiej prozy” wypowiadali się niechętnie, wszak nie są żadną grupą literacką, nie chcą być szufladkowani, dlaczego więc mieliby szufladkować swoich kolegów?
Kolejna, wydawałoby się, istotna kwestia poruszona na spotkaniu, dotyczyła motywu samookaleczeń i wymiotu. Prowadząca dyskusję sformułowała pytanie dość ogólnikowo, jakby chciała za wszelką cenę zakamuflować kontekst psychoanalityczny. W mojej książce tylko raz ktoś rzyga, bo się najebał – odparł radośnie Juliusz Starochta. Ktoś krzyknął z sali: pokażcie nadgarstki! Miało być psychoanalitycznie, zrobiło się turpistycznie, pseudoskandalicznie i mało konkretnie. Irytował Starochta pozujący na prostaczka. Irytowała Drotkiewicz, roztkliwiając się nad tym, że tkwimy w koleinach frazesu, czy też odkrywając, iż nie wszyscy jesteśmy Chrystusami, bo nie wszyscy jesteśmy chrześcijanami. Irytację wzmagał Żulczyk, ponieważ sam robił wrażenie nieźle poirytowanego poziomem zadawanych mu pytań. Jedynie Marta Dzido była jakby nieobecna, odzywając się z rzadka.
Wreszcie padło pytanie, które okazało się merytorycznym gwoździem do trumny spotkania: pytanie o wszechobecną ironię. I w tym momencie nie pozostało publice nic innego, jak tylko współczuć zgromadzonym w Café Szafé literatom. Bo jak tu mówić o „pisaniu serio” w epoce zdominowanej przez pastisz? Gdzie szukać „tak zwanej prawdy w literaturze”: w romantycznej opowieści drogi Żulczyka? W powieściach psychologicznych Drotkiewicz? A może w dramacie małżeńskim Dzido? Ewentualnie, w socjologicznym studium tożsamości polskiego dresa u Masłowskiej… Zakończenie dyskusji sprowokował wyraźnie zmęczony [czyżby jej poziomem?] Jakub Żulczyk. Autorzy odczytali jeszcze najbardziej – według nich – kontrowersyjne fragmenty swoich powieści, a Maciej Kaczka, jak zwykle odczuwając konieczność zaznaczenia swojej obecności, ogłosił, że wszystkim stawia piwo.
Dyskusja „Co i Kogo…” okazała się podręcznikowym przykładem złego wykorzystania dobrego tematu. Bo nie wystarczy posłużyć się ciekawym materiałem literackim, zaprosić znanych, współczesnych pisarzy i zapytać: Co was boli? Prowadząca dyskusję nie zadbała ani o jej żywiołowość, ani o odpowiedni poziom. To jak pokazać dziecku ciastko, po czym oświadczyć, że jest zepsute.

Bartłomiej Adler


PILCHOWSKIE POGRĄŻENIE


Po co są spotkania z autorami książek? Każdy ze zgromadzonych 20 października w kawiarni Cafe Szafe na spotkaniu z Jerzym Pilchem, zorganizowanego w ramach festiwalu Pora Prozy, zdawał się mieć własną odpowiedź na to pytanie.
Byłam przekonana, że znane nazwisko przyciągnie tłumy. Tak się jednak nie stało. A szkoda, bo Pilch umie zaciekawić, rozbawić i wzruszyć. Można śmiało powiedzieć, że to spotkanie poprowadził sam ze sobą. Duży plus dla Tomasza Fiałkowskiego, że nie próbował wybić się ponad głównego bohatera. Było nie tylko o książkach. Zaczęło się od wytłumaczenia, dlaczego taka, a nie inna godzina spotkania (14:00). Autor Mojego pierwszego samobójstwa, fan piłki nożnej i „ekskrakus” ma świadomość, jak ważnym wydarzeniem są derby.
Były zatem wspomnienia z dzieciństwa, z przeprowadzki do Krakowa i wrażeń, jakie wywarło ono na młodym Jurku. O zderzeniu ewangelizmu wyniesionego z domu (Pilch pochodzi z Wisły) z katolicyzmem miasta stu kościołów. O tym, że miasto do tego stopnia zawładnęło pisarzem, iż nie wyobraża sobie powrotu na prowincję. Zapytany o źródło inspiracji, odpowiedział: z życia, dziecko, z życia. Jedyne, o czym można pisać, to o sobie samym, tylko wtedy będzie się autorem autentycznym. Wszystko dlatego, że żyjemy w zagęszczonych czasach - pisać każdy może (o czym miała świadczyć ilość zgłoszeń do konkursu na opowiadanie, przeprowadzonego przez Pilcha w tygodniku Polityka).
Niestety Kowalski rzadko okazuje się Tomaszem Mannem.
Sporo było o pisarstwie Pilcha, które określa się często autobiograficznym. Sam autor skomentował to wyznaniem: jadę w autobiografizm. Nigdy jednak nie wiadomo, gdzie kończy się prawda, a gdzie zaczyna fikcja. Chodzi o odrealnianie rzeczywistości.
O najnowszym zbiorze Pilcha Pociąg do życia wiecznego raczej się nie mówiło, a szkoda. Raczej było to krążenie dookoła. Mowa była za to o sztukach pisanych na zamówienie, kiedy pieniądze już zostały skonsumowane, a pisarz ma jeszcze niewypełnione zobowiązania. I o tym, co zrobić, kiedy bez możliwości czekania na natchnienie trzeba siąść i napisać esej. Podobno organizm sam się przyzwyczaja i pisze. Padły nazwiska Słojewski (Hamilton) i Słonimski jako niedoścignione wzory felietonistów.
Było ciekawie i bardzo od siebie. Bez pseudodysput. Czasami warto zaryzykować i jeśli nie zna się odpowiedzi na pytanie: po co? - wystarczy spontanicznie podjąć decyzję.
Ja podjęłam i nie żałuję.


Patrycja Minor