Wiersze jak trzaski na winylowej płycie. Im płyta bardziej zgrana, tym trzasków więcej, tym bogatsze staje się brzmienie. Oryginalność przez swą jednostkową, indywidualną ułomność. Niepowtarzalność odczytania przez nawarstwianie się osobistych rys.



Kto nie rozumie liter, zrozumie krzyk, czego przykładem
Sławomir Mrożek i Michaelangelo
Antonioni, któremu w głowie już tylko majtki.
[siano]



Andrzej Falkiewicz na okładce najnowszej książki poetyckiej Adama Wiedemanna napisał: Być może jest to kolejny krok rozwikłania – zawikłania języka dzisiejszej poezji.
Mówić o Pensum trzeba zacząć od języka. A mówić o rzeczywistości można tylko subiektywnym słownikiem, który sam komponuje się przez całe życie, wypełniany odbiorem doświadczeń i stopniem wrażliwości. Słownik ten nadaje smak światu – przez całe życie wszystko ma ten sam smak, zmienia się w język opisu. Mówić o języku to zapętlać się wciąż w konstrukty znaczeń i utartych norm, bo przecież spaghetti czyta się przez dwa t.
Poeta zdaje się dostrzegać rolę, jaką ma język w funkcjonowaniu, nie da się od niego bowiem odseparować, widzi się to, co można opowiedzieć, a opowiedzieć można tak, jak nauczyli, jak się powinno językiem, koniecznie na czasie, bo czas jest teraźniejszy i innego nie będzie. W utworze Czy ktoś już się rozegrał? poeta dostrzega bezsensowność metajęzykowej funkcji poezji. Z mówienia o języku niewiele wynika,/ podobnie jak z mówienia o aniołach. A jak mówić o istocie doskonalszej od człowieka? Z niepewnością, czy w ogóle istnieje. Mówić o poezji to jak mówić o nic, które statusem ontologicznym szczyci się niepewnym, a jako, że nazwane – być przecież musi. W nieuchwytności języka – w tej szczelinie właśnie, Wiedemann wierci jak w dziurze po oku misia.
Jedyne co można zrobić, by nie poślizgnąć się na aniele, to przestać mówić o języku poezji, pozwolić jej być. Można z języka wydobyć nowe, świeże, w odpowiedniejszy sposób przystające do rzeczywistości. I Wiedemannowi się to udaje. Poprzez przełamywanie, od-znaczanie, prze-pisywanie, wydobywanie niepasujących słów, obserwację, jak zachowają się w swoim otoczeniu. Wyhodowane w klinicznych warunkach domniemań, faktów zestawianych w zaskakujący sposób, poprzez nazywanie znanego zupełnie inaczej. Dużo przy tym zabawy, ale powróćmy do rzeczywistości. Wiedemann próbuje wniknąć w ciało języka, które w swej puszystości jest nie do przebrnięcia. Ten osobny byt próbuje ugryźć z każdej ze stron. Piszę te słowa, bo znam się na słowach,/ słowa znają się na sobie, beze mnie. Poeta nie jest potrzebny językowi, ten sam doskonale sobie radzi, można z nim kooperować, albo i nie. Wtedy zostanie oswojony patos posiwiałych formuł spod konfesjonału albo język współczesnych poetów, do wyboru. I bez ironii proszę.



(…) Ale bo tu jest ,
tu jest ładny motyw cały, wiesz? Ale nie spodziewałem się zupełnie,
ojej bo teraz tam skasowałeś tam połowę i teraz to zdanie będzie od czapy, bez sensu (…)
[Moje balety]



Struktura wewnętrzna tekstów Wiedemanna opiera się na dialogiczności, wewnętrznym dyskursie nie tylko z samym sobą, czytelnikiem, co ze słowem w ogóle. Ta dialogiczna triada daje niezwykły wymiar poezji. Dialog jest zasadą funkcjonowania świata i w świecie. Słowo jako byt osobny, jako twór autonomiczny, domaga się prób porozumienia. Nie ma języka do rozmowy z językiem. Opiera się ona na niuansach, na półsłówkach, przemieszczeniach znaczenia i obserwacji wyników tych machinacji. Co? Nie ma się czym przejmować? Ja, ty, i to niewygodne - język, z którym koniecznie trzeba coś zrobić. Stoisz tam jeszcze? No to stój. Tylko mów.
Poezja Wiedemanna jest niedopowiedziana, bardzo wycofana w stosunku do i przez czytelnika zarazem, którego brak w tym układzie staje się rażąco niemożliwy. Wiedemann pozwala na dopisywanie na marginesie przypuszczalnych rozwiązań. O czym to ja myślałem, jakby wierszem zapraszał – dopisz mnie, dokończ.
Poetycki przekaz jest prostolinijny, otwartość na dialog, na konfrontację budzi chęć (roz)mowy. Wiersze z instrukcją obsługi – Pauza. Przecinek. Długi ton, przez który przelatują jakieś myśli,/ o czym? Wsłuchanie się w czytelnika jest rysem dla tej ksiązki niezwykłym. Ucho poety wystające z wierszy. Wplecione w teksty utworów są relacje z rozmów przeprowadzonych, zasłyszanych, wyimaginowanych. Dziś z Rudą (…) gadamy o miłości i o tym chłopaku z Warszawy. Prostota zwykłości, zamiany zdań. Dialogiczność można odczytać tu jako tęsknotę za rozmową totalną, w świecie, gdy tylko rzucamy ku sobie informacje. Koniecznie bez odbioru. Najważniejsze to przekaż, pokaż, sprzedaj – Człowiek/ najchętniej zamiast twarzy wstawiłby sobie telewizor/ na baterie, z podglądem. A przecież można stracić tę chwilę iluminacji, gdy uda się z drugim odnaleźć wspólny chichot.



Mucha dostrzega świat każdym okiem z osobna,
W tysiąckrotnym pomnożeniu.
[Wesele Fingala]



Świat widziany z daleka jest tak puszyście gładki,
Że chciałoby się go pogłaskać i nawet się to robi,
[chłopiec]




Rzeczywistość jest punktem wyjścia do rozważań, do zadawania sobie i światu pytań. Niezwykły sposób obrazowania, nadzwyczaj subiektywny. I może warto nauczyć się chodzić z zeszytem, siadać/ na murku i pisać, opisywać ruch/ uliczny i charakteryzować miesiące, by dostrzec jak świat się starzeje od tyłu.
Obiór świata możliwy jest tylko zmysłami. Wiedemann zdaje się mieć ich nadprogramowo. I nie o poetyckie przeczulenie tu chodzi, nie o poszerzone horyzonty. Umiejętność opisu rzeczywistości przez przedstawienie logicznego dyskurs myśli. Porywający brak epitetów potrafi wykreować światy mniej lub bardziej prawdziwe, choć jednak. I nie ważny tu ogląd tego, co poza ciasną skorupką skóry, ale to jak w tym, co poza zaistnieję ja. Istniejemy na niezliczonych zdjęciach. Kim byś nie był,/ istniejesz. Brzmi to jak wyrok, świat skazuje na przymusowe w nim bytowanie, bo nie da się żyć niezostawiając po sobie śladów. Czy tyko zdjęcia pozostają? I gdzie pozostają, czy przypadkiem ze śmiercią nie umiera świat. Ze wszystkim oprzyrządowaniem, bogactwem inwentarza wnętrza?
Dla przyjemności przeżycia poświęcamy przyjemność/ sprawdzenia. Nie da się tak naprawdę sprawdzić tego, co nas nie obchodzi. Nie da się nie wchodzić w interakcję z rzeczywistością, choć sam byt tego nie gwarantuje. Obserwacja równoznaczna z przyjemnością prze/życia.
Jeśli już patrzeć, to nie widzieć chmur i pomieszana słabych stron świata. Skupić się na szczególe i możliwościach, które oferują nam dane narzędzia odbioru. Jak mucha dotykać ssawką tego, co przecież możliwe, bez zbędnych wymagań. Mamy tylko dwoje oczu, w konfrontacji z owadem jesteśmy śmieszni i przegrani, zbyt ambicjonalni, nieporadni w rozmiarze i ograniczeniach ciała, ale i w myśli, która rozbuchana nie mieści się w głowach.
Człowiek sam kreuje sobie rzeczywistość, politykuje o istotności – przecież - problemów. I co z tego? Prędzej czy później i tak ktoś pokaże autentyczną figę.
To, co dociera za pomocą zmysłów, to tylko poprawiona wersja wyobrażeń, i naprawdę dobrze wiedzieć, komu się za to płaci.
To może jeszcze po oddechu?
Ze szczątków, fragmentów, zapisków niezaczynających się nigdzie i nie bardzo widomo gdzie się kończących, bo Jak można czekać z puentą na koniec wiersza, wyłania się obraz niepokojący. Życie różni się od tego, czego byśmy chcieli albo czego, wydaje się, potrzebujemy. Człowiek jest tylko stałym umeblowaniem rzeczywistości, trochę ograniczonym, w swym ograniczeniu jednak pociesznym. Choć nie wiem, czy naprawdę jest się z czego śmiać. Żujemy/, co nam dano, bo sami boimy się brać. I nie jest to poetyka zagrożenia, raczej wycofanej kontestacji zastanego, koniecznie z ironicznym półuśmieszkiem, również w odniesieniu do siebie. I nie ma tu żadnej recepty na nie do końca zwerbalizowany problem. Problem pozostający w stanie zawieszenia, bo może wcale nie trzeba o nim mówić.
Wystarczy znaleźć sobie miejsce/, żeby w nim być. Bo czy czegoś więcej potrzeba? Jest jakiś ostateczny brak, bo w metrze, próbujesz złożyć do kupy roztrzęsione << words >>/, a czujesz się właściwie, jakbyś srał na ścieżce.
To może jeszcze po oddechu?



W klasie tymczasem odbywa się lekcja. Pensum to określona liczba godzin, które pracownik naukowy winien przeznaczyć na zajęcia dydaktyczne i naukowe. Zadany materiał do opanowania w określonym czasie. Pensum Wiedemanna nie liczy się jednak w czasie, ale poprzez ilość odczytań. A to dobrze, i źle zarazem. Zamykam książkę z palącą ochotą, by napisać to wszystko raz jeszcze, od nowa, inaczej.



Adam Wiedemann
Pensum
Rok wydania: 2007
Wydawnictwo: Wielkopolska Biblioteka Publiczna
i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu






...widoki są niejadalne… o twórczości Adama Wiedemanna
praca zbiorowa pod red. Dawida Skarbka
Rok Wydania: 2007
Wydawnictwo Naukowe Semper