Karolina Więckowska: Na początek powiedz mi Adasiu, co skłoniło Cię do zasilenia szeregów śródmiejskich „transferowiczów”. Znudził Ci się już Kraków?


Adam Wiedemann: Złożyło się na to ileś okoliczności i nawet okropności, przede wszystkim jakiś czas temu stanąłem przed perspektywą „zaczynania życia od nowa”, no i jakoś stopniowo dotarło do mnie, że nie uda mi się to w Krakowie. Kraków był już tylko jednym wielkim wspomnieniem, które zasmucało. Więc na propozycję pracy w Warszawie rzuciłem się, by tak rzec, łapczywie, choć nie jest to może praca moich marzeń, ale dzięki niej wszystko dokoła odmieniło się i teraz patrzę na świat z jakimś tam optymizmem. Swoją drogą, podobnie przygodowo czułem się 20 lat temu, gdy zaczynałem studia w Krakowie, przy czym (po zaledwie tygodniu tutaj) mam wrażenie, że Warszawa jest mi życzliwsza niż Kra., którego zresztą nie porzucam tak całkiem. W dalszym ciągu będziemy z Jarkiem Klejnbergiem prowadzić Blich Art. Saloon, a więc co najmniej raz na miesiąc tam się zjawię,


A jak będzie teraz z pisaniem? Nowe otoczenie, silne bodźce płynące od wielkiej Warszawki… Zacząłeś już coś nowego? Może jakaś powieść?


Co wy tak wszyscy z tą powieścią! Ja chyba nie mam powieściowego temperamentu, niestety. Nawet dłuższe opowiadanie to dla mnie ciężki tor przeszkód, żeby panować nad wszystkimi elementami tekstu. Zresztą na razie muszę spotkać po kolei wszystkich znajomych, co ich tu mam, kupić sobie kołdrę, przesunąć szafę etc. Więc na twórczość za bardzo nie mam czasu ani sił, choć, nie powiem, coś tam skrobię w metrze, to dobre miejsce, pozbawione krajobrazu.
Skądinąd powieść teraz pisze mój narzeczony Michał, więc może wskoczy mi to na ambit i sam też się zabiorę, choć oczywiście nie wiem, o czym ta moja powieść miałaby być.


Chyba trochę kokietujesz! Czytając Cię nigdy nie odniosłam wrażenia, żebyś się specjalnie musiał nad swoimi opowiadaniami męczyć, chociaż większą przyjemność mam z Ciebie – poety. Wolisz siebie piszącego wiersze, czy prozę? Można to w ogóle porównywać?


Wolę siebie… no tak, jako poeta czuję się taki bardziej niesłychany. Niekiedy trudno mi uwierzyć, co to się napisało. A proza to już myślenie, kombinowanie, odsiew, zwłaszcza mam problem z odsiewem, bo z reguły godne zapisania wydaje mi się wszystko, co już po paru stronach mnie samego nudzi. Bo ja nie piszę z wyobraźni, tylko z pamięci i nawet pomimo tego, że pamięć mam coraz gorszą, przypomina mi się o wiele za dużo. Wszystko to ma jakieś znaczenie i jakąś funkcję, i trzeba przez to przejść, a tymczasem chciałoby się być już gdzieś dalej, gdzie „coś się dzieje”. I stąd ta męka. W wierszu mogę sobie pozwalać na jakieś przeskoki, w prozie nie za bardzo. Jakiś tu jestem wybitnie tradycjonalistyczny, linearyzm i koniec.


To znaczy, że pisanie z pamięci jest ważniejsze od pisania z wyobraźni? Jak to się ma do Twoich Scen łóżkowych? Rozumiem, że sny się pamięta, ale wyobraźnia ma w tym wypadku chyba większe znaczenie.


Wyobraźnia jest potrzebna, żeby w ogóle coś się śniło (chociaż i tu ileś tam procent bierze się z pamięci, czego dowodem fakt, że ostatnio śni mi się Cameron Diaz albo budzę się w nocy z hasłem „MIŁOŚĆ TYLKO NA MIĘKKO”). A potem pamięć i oczywiście technika gospodarowania materiałem, to bodaj najważniejsze.


Jesteś określany mianem „pisarza codzienności”. Czy nie uważasz, że to zbyt ogólnikowe? Pojawiały się też propozycje: „naiwny realista”, „banalista”, a nawet i „metafizyk”. Jak się na nie zapatrujesz? A może przez tych jedenaście lat od debiutu sam wymyśliłeś jakąś zgrabną nazwę na swoją poetykę?


Ojej ojej. Janusz Rudnicki twierdzi, że podobnie jak on sam jestem „sytuacjonistą”, i byłoby to niezłe określenie, gdyby nie fakt, że słowo sytuacjonizm coś już tam innego określa i z tym się kojarzy. Ja tam nie jestem od wymyślania nazw, co niestety nie znaczy, że te nazwy, które przytaczasz, mi się podobają. Bo jaki tam ze mnie realista? Naiwny owszem, ale to raczej w sensie życiowym. Ze słowem codzienność wiodę boje, słowo banalizm doprowadza mnie do wymiotów. Metafizyk? No może, ale przecież nie uprawiam filozofii. Po prostu traktuję tzw. „zwykłe” jako materiał, który następnie uświęcam, wtłaczam w formę, czynię samo sobie puentą. Ale to tylko w prozie, bo w wierszach jestem całkiem kimś innym, tutaj uprawiam ponowoczesną lirykę mądrościową, hehehehe. Kiedyś Frytka stwierdził, że stworzyłem nowy typ złotej myśli, która jest całkiem pusta, acz nie przestaje być złota. Tutaj w pracy stwierdzili, że mam „zespół humorystyczno-depresyjny”, i to chyba jest trafne określenie.


Co do rzeczonej „niesłychaności”… tyle że bardziej przy ziemi: nie masz wrażenia, że poezja „rzadziej jest słuchana”? Że większy (przynajmniej w Polsce, przynajmniej dziś) popyt jest na prozę? Może zatem warto jednak zabrać się za powieść?


No tak, ale to przecież normalne w czasach neopozytywizmu. Co wcale nie oznacza, że nie powinno się pisać wierszy, robić kina artystycznego. W recenzjach z festiwali filmowych dzieli się dzisiaj filmy na takie, które znajdą dystrybutora i te, które nie znajdą. I jakiekolwiek rzetelne omówienie tych drugich jest już niepotrzebne, bo obejrzy je garstka, niezależnie od tego, czy są wybitne, czy do dupy. Podobnie z prozą, ma ją czytać wielka ilość osób, to świadczy o jakości. A poezji takie wytyczne nie obowiązują, na szczęście.


Dziękuję za rozmowę. Powodzenia w Warszawie.


----


Adam Wiedemann – urodził się 24 grudnia 1967 w Krotoszynie. Wydał pięć tomów wierszy: Samczyk (1996), Rozrusznik (1998), Konwalia (2001), Kalipso (2004), Pensum (2007), dwie książki prozatorskie (obie nominowane do nagrody NIKE): Wszędobylstwo porządku (1997) i Sęk Pies Brew (1998) oraz zbiór zapisów onirycznych Sceny łóżkowe (2005). Jest laureatem nagrody Fundacji im. Kościelskich (1999). Mieszka w Warszawie. Wraca do Krakowa. Nieustannie.