Powieść Amosa Oza Mój Michael krytyka okrzyknęła izraelską Panią Bovary. Określenie tyleż prawdziwe, co bałamutne.


Pierwsze polskie wydanie powieści Oza – wtedy jeszcze w tłumaczeniu z angielskiego, pod spolszczonym tytułem Mój Michał – ukazało się na początku lat dziewięćdziesiątych, także nakładem Czytelnika – w jakże jednak odmiennej stylistyce. Oszczędna, wręcz minimalistyczna okładka, zgodna z nowym projektem graficznym całej serii Nike, o wiele bardziej odpowiada charakterowi tej książki, niż ta poprzednia - obciążona brzemieniem wrażliwości estetycznej sprzed lat blisko dwudziestu, pyszna w sensie przepychu, nieco nawet przytłaczająca. Nie wspominałabym o tym, gdyby zmiana okładki nie była tu znamienna dla całego odczytania – pierwotnie bowiem jej quasi-harlequinowy charakter (twarz kobiety – bardzo mocny, wyrazisty makijaż, zdecydowanie podkreślone oczy; ciężka biżuteria, na którą nałożony został szkic zabudowań miasta, jak można się domyślać Jerozolimy) wydobywał bowiem głównie romansowy aspekt, jakby chcąc skusić czytelnika opowieścią o miłości. Nowe wydanie nie obiecuje nic takiego, można powiedzieć, że jest bardziej dyskretne. Tym samym nie wprowadza już – nawet mimowolnie – w błąd. Powieść Oza bowiem w niewielkim tylko stopniu można by opisywać jako romans. Znacznie łatwiej byłoby już uznać, że jest to typowa powieść obyczajowa; bardziej jeszcze – i taka klasyfikacja wydaje mi się najbardziej uzasadniona – powieść psychologiczna.


Kumulacja prostoty i znużenia
Uszeregowanie takie nie jest tu pozbawione pewnego namysłu, wyraźnie zmierza od gatunków podrzędnych ku tym wyżej notowanym. Pokazuje także w pewnej mierze piętrowość konstrukcji. Oz bowiem zaczyna opowiadać historię Hanny i Michaela tak, jakby planował przewrotny romans – urywa tę nić szybko lub też tylko odkłada na bok (tego przecież na początku nie wiemy), aby potem do niej powrócić i przechodzi w opowieść o życiu zwyczajnym, tak przy tym banalnym i w codziennej powtarzalności nudnym, że gdyby pozostać przy definiowaniu Mojego Michaela jako prozy obyczajowej, trzeba by pewnie radykalnie obniżyć notę. Właśnie dzięki tej kumulacji prostoty i znużenia daje do zrozumienia, że tak naprawdę interesuje go portret psychologiczny. Zwłaszcza głównej bohaterki, co zresztą sygnalizuje od pierwszych zdań. Ta subtelna gra z konwencjami, która nie jest tu celem samym w sobie, musi w pewnym momencie zatrzymać nawet uwagę czytelnika oczekującego czegoś zupełnie innego. Tej powieści nie da się czytać bez wyrzutów sumienia z pominięciem warstwy psychologicznej, po prostu.


Romans, który nie jest romansem
Hanna poznała Michaela prawie przypadkiem – podtrzymał ją, gdy poślizgnęła się na schodach. Z tego zwyczajnego początku pączkuje romans. Romans, który nie jest romansem, który zachowuje wszystkie formy, jest ostrożny i poważny, grzeczny i poprawny. Jakby brał na siebie wszystkie te cechy, które Hanna będzie poważać w Michaelu, a wkrótce już w swoim mężu. I którym potem się przeciwstawi. Oz opowiada zwyczajną historię młodego małżeństwa, na pozór tak typowego – w ich życiu wszystko układa się tak, jak i u innych – u tych wszystkich, którzy dopiero próbują zbudować swoją małą stabilizację – rezygnacja z jednych ambicji, kariera, która przestała być karierą, a stała się jedynie mozolną pracą, okupowaną godzinami wyrzeczeń, dziecko.
Opowiada Hanna. Ma trzydzieści lat. Jest mężatką. Jej życie przepełnione jest brakiem, poczuciem straty. Kiedyś – mówi – było coś; czułam coś; doświadczałam. Teraz nie ma nic. Nie wiem, czemu. Jej opowieść jest próbą zrozumienia, prześledzenia, rozszyfrowania i rozpisania – nawet jeśli nieudolnie, nawet jeśli trochę nieporadnie. Kochałam – teraz nie kocham; zgasło to we mnie. Czemu? Kiedy?
Oz jest kronikarzem. Pozostającym z boku obserwatorem, który z chirurgiczną precyzją będzie uwidoczniał poszczególne warstwy; kolejne rozczarowania, ustępstwa, powolne wycofywanie się, wzrastające rozżalenie, coraz bardziej dojmującą nudę.


Dobroć nieprzesłodzona
Wierzymy – wierzę – na początku Hannie. Swoją opowieścią budzi swoistą sympatię – podbudowaną niewątpliwie współczuciem, ale nie litością czy czułostkowością. Miarą talentu Oza jest dla mnie fakt, że przy pomocy prozy tak stylistycznie oszczędnej, zupełnie pozbawionej fajerwerków, potrafi grać emocjami czytelnika, obracać je wniwecz, niemalże bawić się nimi. Przeobraża się ich małżeństwo, zmianie podlega ocena zachowań. Zostaje cierpkie wrażenie wzajemnego niedopasowania, nieprzystawalności, zaciera się jasna na początku odpowiedź o to, kto był winny, kto krzywdził, kto był krzywdzony. Czy mógł zawinić Michael, czym mógł zawinić Michael – sami podejmujemy rozważania Oza – dobrocią? troską? opiekuńczością? chęcią zapewnienia bezpieczeństwa, tak sprzeczną z pragnieniem szaleństwa? W czym tkwiła – jeśli tkwiła – wina Hanny? W nieumiejętności rezygnacji z fantazmatów, w niezdolności do życia – życiem? Nic nie jest tu czarno-białe; dobroć bywa co najwyżej zbyt dobra; trudna do przyjęcia, chociaż nieprzesłodzona.
Krytyka okrzyknęła powieść Oza izraelską Panią Bovary. Określenie tyleż prawdziwe, co bałamutne. Hanna jest jednak bohaterką od Emmy Bovary inną. Różni je przede wszystkim przestrzeń ucieczki. Emma czegoś jednak realnie doświadczała, Hanna na zawsze pozostanie zatrzaśnięta w świecie wyobrażeń i rojeń (ich opis zresztą stanowi zdecydowanie najsłabszą część książki), niezdolna do uczynienia czegokolwiek. Powieść Oza broni się jako subtelna, ale głęboka, wyczulona na niuanse, analiza psychologiczna. Nie warto na siłę dopatrywać się literackich antenatów; którzy miast uszlaadają z oryginalności.




Amos Oz
Mój Michael
Tytuł org.: Michael szeli
2007
Wydawnictwo Czytelnik