Plato wierzył, że istnieje idealna kula.
Ale jedynym jej modelem jest bańka mydlana.

Hugo Steinhaus


Błędne koło. Patrz: circulus vitiosus. Circulus vitiosus. Patrz: błędne koło – pisał Leszek Kołakowski, zapewne nie zdając sobie sprawy, że oto właśnie definiuje mechanizm kultury w jej najbardziej doskonałym, bo odwiecznym i niezmiennym rysie. Zasada błędnego koła napędza bowiem wszelką człowieczą aktywność, co – koniec końców – sprowadza się do chwalebnej, ludziom jedynie przynależnej umiejętności logicznego (sic!) myślenia. Co więcej – reguła ta, sprawująca niepodzielną władzę w naszych umysłach, jest tak doskonale uniwersalna, że stanowi bodaj jedyny aksjomat, jedyny pewnik w tych „niepewnych czasach”, jak mawia się o świecie, odkąd pojawił się na nim człowiek.
Nie duch, ani nie materia, nawet nie dziadek Freud, jak chcieliby niektórzy, ale właśnie odwieczna zasada błędnego koła jest tym, co najbardziej pierwotne i co legło u podstaw cywilizacji myśli i u podstaw czego poległa myśl. Co świetniejszym umysłom zdarzało się zbliżyć do tej tajemnicy. Ajschylos, Sofokles i Eurypides w tragedii greckiej rozwijali tę boską, bo od Dionizosa wywiedzioną zasadę, nadając jej współcześnie brzmiące miano konfliktu tragicznego. Niejaki Hegel, dając potomności niezawodny „wzór na dzieje”, syntetyzujący historię ad infinitum, postanowił zwrócić uwagę ludzkości na nieskończoność i cykliczność circulus vitiosus. Wspomniany tu poczciwy Freud Zygmunt dla dobra ogółu poświęcił swe dobre imię, poprzez swoją podważalność uczyniwszy z niego niepodważalny synonim zasady błędnego koła. Nie bez wkładu w szerzenie tej bolesnej prawdy o świecie jest i nasz wielki rodak, Mikołajem Kopernikiem zwany, który udowodnił globalnie, że błędne koło nie tylko myślą ludzką niepodzielnie włada, ale i istotę świata naszego stanowi, który błędnie wokół Słońca kręgi zatacza.
Wspominam dawne czasy, kiedy myśl filozoficzna i naukowa pięła się nieskrępowanie i bujnie jak bluszcz po przydomowym parkanie, a wspominam z tym większym rozrzewnieniem, bom myślała, że współczesność, na psy schodząc, o fundamentalnych prawdach ludzkości całkowicie zapomniała. Otóż nie – ku mojej radości nieskrywanej węgierski reżyser István Szabó postanowił przypomnieć nam o podstawach ludzkiej egzystencji, adaptując w 2001 roku sztukę Ronalda Harwooda Za i przeciw. Cel szczytny, działanie chwalebne, a na dodatek w tradycji osadzone. Bo Szabó konflikt poniekąd równorzędnych racji i dążeń wyraziście prezentując, prawdziwie antyczną tragedię nam serwuje, a więc błędne koło jako żywo. Temat bolesny, postaci niezwykłe, ale – bynajmniej nie bagatelizując – nie chodzi li tylko o jeden temat, jeden wypadek, sytuację bez precedensu i biografię autora. Nie idzie nawet o to, by szukać odpowiedzi na pytania, które sam reżyser woli bez odpowiedzi pozostawić, bo przecież dobrej odpowiedzi nie ma. A z pewnością nie będzie nią maksyma, którą wygłasza bohater, niemiecki dyrygent Wilhelm Furtwängler: Sztuka dzieli się tylko na dobrą i złą. Ta złota myśl, jak każda myśl rządzi się logiką circulus vitiosus, toczącego się od syntezy do antytezy, z których nie wynika nic poza kolejnym błędnym kołem.
Sztuka dzieli się na dobrą i złą. To znaczy na jaką? Dobre jest dobre, bo nasze? A złe, bo inne, obce? Dobre dla kogoś i dobre według kogoś to już nie to samo dobre, a skoro nie to samo, to czy już złe? Zła sztuka – i znów błędne koło, bo czyż „zła sztuka” nie brzmi jak „fałszywa prawda” albo „głupawa mądrość”? Nawet kanony artystyczne i estetyczne jednoznaczne nie są i nigdy nie były. I nic nie wskazuje na to, żeby być miały. Chociaż zależy z czyjej perspektywy na to patrzymy. Ale czy można przyjąć inną perspektywę niż swoją własną? I kiedy ona jest rzeczywiście moja, a nie cudza, narzucona czy zaakceptowana?
Oczywiście w sytuacji konfrontacji z błędnym kołem najlepsze wyjście to udać się w rejony natchnionego intelektualnego bełkotu, jak mówi antagonista Furtwänglera – Steve Arnold, mając zapewne na myśli idealizm i umiłowanie sztuki, cokolwiek by to znaczyło. No właśnie – cokolwiek by to znaczyło. A znaczy dokładnie tyle: cokolwiek. Jedno słowo, wiele sensów, jeszcze więcej nonsensów. Błędne koło to nie tylko domena wyjątkowych myśli, wyjątkowych sytuacji, tragicznych konfliktów, nad rozwiązaniem których próżno dywagować. Czasem, chcąc nie chcąc, trzeba sobie po prostu zdać sprawę, że błędne koło kryje się wszędzie, wprawiając w ruch nasze myśli, język, kulturę.
A życie toczy się dalej. Nomen omen.