Na festiwalach filmowych publiczność dzielona jest wedle koloru plakietki. W Gdyni nie było inaczej: czerwoni, zieloni i czarni, wrzuceni do obszernego worka VIP-ów. Na nich czekały boksy pełne bonusów i bankiety po godzinach. Reszta świata ze smutnie dyndającymi, tekturowymi karnetami musiała zadowolić się oglądaniem filmów w SilverScreenie i wpadaniem na gwiazdy w toalecie. Pytanie: no i co z tego? Czy blichtr i czerwone dywany w jakikolwiek sposób rzeczywiście definiują odbiór filmów? To pytanie pozostawmy na razie retorycznym…


Niezależni
Odwieczny dylemat festiwalowy: na co iść? Oglądać „ważne” filmy z Konkursu Głównego, czy śledzić Konkurs Niezależny, wypatrując potencjalnych perełek? Próbowałam chodzić na oba przeglądy, w efekcie umknęły mi niektóre wyróżnione dzieła offowe (Łódka, W stepie szerokim). Inne pozostawiały niesmak. Zakwalifikowanie do konkursu takich dziełek jak Silent Kill 2: Manhunt P. Drążka i S. Wikalińskiego czy Sarnie żniwo B. Walaszka tłumaczyć można tylko dbałością o różnorodność gatunkową prezentowanych filmów. O kuriozach w rodzaju słabego teatrzyku po kaszubsku – Testamentu A. Sipajło czy Co się stało? Christopha Galeztki – nie wspominając. Były też pozycje ciekawe, a zignorowane przez jury, jak choćby Miejsce – drugi film zdolnego Michała Bilińskiego, nagradzanego za debiut Teraz Polska. Miejsce to surowa w formie i konsekwentnie opowiedziana historia autentycznych zdarzeń – tragedii młodej dziewczyny, która została zgwałcona i zamordowana na głębokiej prowincji. Przyjemny w odbiorze Gamoń o perypetiach miłosnych polonisty w reżyserii Krzysztofa Ryczka zwracał uwagę tytułową rolą Adriana Bałtowskiego i niezłą muzyką. Nagradzana na festiwalach kina niezależnego Zazdrość F. Rudnickiego zaprezentowała zdecydowanie wysoki poziom scenariusza i gry aktorskiej. Słusznie wyróżniony film DDNu Manna Huberta Gotkowskiego pokazał z kolei, że kino niezależne nie musi sprowadzać się do opowiadania płytkich historyjek o piciu pod blokiem czy ganianiu z mieczami i giwerami po lesie. Jak choćby Nie panikuj Bodo Koxa, nagrodzony Nagrodą Specjalną Jury. Film dobrze zrealizowany i momentami nawet zabawny (szczególnie, gdy na ekranie pojawia się sam reżyser), ale nieposiadający, jak chcieliby niektórzy, „drugiego dna”. Ot, kolejna historia o kumplach, piciu, jaraniu i problemach z kobietami. Ileż można?


Odkrycia, sensacje i perły
Konkurs Główny wzbudzał nieporównywalnie więcej emocji. Zaczęło się słabo i nijako, bo Na boso. Piotr Matwiejczyk uraczył widzów kolejnym filmem o tym samym (problemy dojrzewania, rodzina w rozpadzie), z tymi samymi aktorami (Dorociński, Baka), w dodatku słabszym niż wcześniejszy Wstyd. Na szczęście potem było już tylko lepiej. Zaczarowały i urzekły Sztuczki Andrzeja Jakimowskiego, film perfekcyjnie kreujący specyficzną, magiczną atmosferę, podobną do tej w Zmruż oczy, opowiadający o zabawach z losem i zmieniających się priorytetach. Film słusznie nagrodzony Grand Prix i nagrodą za zdjęcia. Przebojem okazał się Rezerwat Łukasza Palkowskiego, kolorowa, słodko-gorzka pocztówka filmowa z warszawskiej Pragi z wątkiem fotograficznym w tle. Jury nagrodziło debiutanta, montaż i brawurową rolę Sonii Bohosiewicz, dziennikarze docenili film przyznając mu swoje laury ex aequo z Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej. I to ten ostatni film był odkryciem, sensacją i perłą Festiwalu. Przynajmniej dla widzów, którzy wyklaskali mu Złotego Klakiera (7 min 40 sek.!). Pierwsza od lat główna rola wiekowej legendy polskiego kina, Danuty Szaflarskiej, urzekła połączeniem rozbrajającego ciepła staruszki, przywiązanej do swojej willi, z zaskakującymi iskrami ciętego humoru i dystansu do siebie, ludzi, śmierci. Kędzierzawska potwierdziła swoją pozycję autorki kina intymnego i osobnego. Zachwyciły wysmakowane, biało-czarne zdjęcia Arthura Reinharta i oscarowa rola… suczki Filadelfii. Nagroda za najlepszą rolę kobiecą powędrowała do Szaflarskiej – aktorki ujmującej, gwiazdy ponadczasowej i bezdyskusyjnej.


Idzie dobre
Na festiwalu dało się słyszeć zaskoczone głosy prasy: a więc robi się u nas dobre filmy! Skąd ta nagła zmiana jakości? Czyżby reforma finansowania i branżowe roszady wreszcie pozwoliły polskiemu kinu na oddech? A może to sami twórcy obudzili się, przeciągnęli i… zrobili dobre, interesujące filmy? Bo oprócz uznanych faworytów warto wspomnieć też o Wszystko będzie dobrze nagrodzonego za reżyserię Tomasza Wiszniewskiego czy Jutro idziemy do kina Michała Kwiecińskiego, według scenariusza Jerzego Stefana Stawińskiego. Choć akcja osadzona jest w różnych realiach historycznych, a filmy operują odmiennymi środkami, oba mówią o sile nadziei, wiary i złudzeniach. Nadzieja Stanisława Muchy na podstawie scenariusza Krzysztofa Piesiewicza zaintrygowała mieszanką alegorycznej historii, minimalistycznym aktorstwem debiutującego Rafała Fudaleja, nasyconymi barwami zdjęć Krzysztofa Ptaka.


Katyń
Poza konkursem film, który od początku wzbudzał najwięcej emocji i oczekiwań – Katyń Andrzeja Wajdy. Napisano o nim wiele jeszcze zanim został ukończony i pokazany szerszej publiczności. Trudno podejść do lektury tego filmu bez ciężaru jego genezy, kontrowersji i osoby samego twórcy.
Smutno czyta się recenzje w branżowych magazynach, sprowadzające Katyń do kolejnego programowego filmu patriotycznego, „który musiał powstać” i na który tłumy gimnazjalistów będą karnie chodzić do kin. Bo Wajda nie zrobił, wbrew pozorom, żadnego „fabularyzowanego filmu oświatowego”, ale dzieło osobiste i narodowe jednocześnie. Tak jak potrzebne było jemu, od lat zmagającemu się z przeszłością, pomysłem i przeciwnościami losu, by ten film zrealizować, tak potrzebne jest Polakom. Bez zbędnej czołobitności trzeba zmierzyć się z tym filmem osobiście, we własnym sumieniu. Odkryć, czy górnolotne hasła, których na co dzień się wstydzimy, jak „honor”, „ojczyzna”, „prawda” mają jeszcze jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość. Cisza, jaka zaległa na sali po projekcji wiele mówi na ten temat.


Za kulisami
Filmy filmami, ale Gdyński festiwal to także cały entourage: gwiazdy, gwiazdeczki, branża i paparazzi… lokalne igrzyska dla spragnionego sensacji tłumu. Na zewnątrz dumna Brodzik rozdaje autografy, Misiek Koterski przechodzi sam siebie, Julia Pietrucha opędza się od fotoreporterów. Wewnątrz, po drugiej stronie bramek, można zobaczyć jak w Piekiełku Linda chowa się w cieniu Świetlickiego, Stenka siedzi na schodach, Torbicka próbuje zapanować nad chaosem podczas gali. Na bankiecie gawiedź robi sobie pamiątkowe zdjęcia z Maćkiem Zakościelnym (albo Danutą Szaflarską, co kto lubi). Rozmowy w kuluarach, plotki, pieniądze, żale topione w alkoholu. Nic nowego, nasze małe targowisko próżności po godzinach…