Martyna Olszowska: W Krakowie byłaś już wiosną w trakcie Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Magia tego miasta przyciąga?

Jasmine Dellal: Zdecydowanie! To piękne miasto, na tyle urokliwe, że teraz przyjechałam z mamą i siostrą.


Czy dokument muzyczny robi się trudniej niż ten „zwykły”?
Gdy zaczynałam kręcić Opowieści cygańskiego taboru wydawało mi się, że nie ma nic prostszego. Dwie minuty z koncertu, dwie minuty scenek rodzajowych… Szybko zobaczyłam, że to nie jest takie proste.


Powstał dokument, który publiczność pokochała, czego świadectwem liczne nagrody na festiwalach.
Tak ciepłe przyjęcie mnie cieszy. Często bywało tak, że to Romowie chcieli, by ten film był pokazywany nie tylko w ich społeczności. W ten sposób wyrażali dumę ze swoich korzeni, ale i chęć przełamania pewnych stereotypów o sobie. Opowieści… w pewnej mierze promują nie tylko tych muzyków, ale całą kulturę romską.


Skąd pomysł na film?
Właściwie to był zbieg okoliczności, a ja z tego skorzystałam, by poprzez muzykę ukazać tę różnorodną kulturę, wokół której narosło tyle stereotypów.


Myślisz, że swoim filmem chociaż część z nich zniosłaś?
Mam taką nadzieję. Chciałam zmierzyć się z tym stereotypem. Pamiętam, że gdy byłam mała straszono mnie, że jak będę niegrzeczna porwą mnie Cyganie. Poprzez ten film chciałam poznać tę kulturę, a w ostatecznym rozrachunku jej różnorodność mnie zaskoczyła. Wydaje mi się, że w fabule jest o wiele ciężej pozbyć się stereotypów dotyczących Romów, bo tam potrzeba wyrazistych bohaterów.


Twoi bohaterowie to nie tylko artyści, ale przede wszystkim barwne osobowości.
Oni są bardzo znani w swoim środowisku. Esma Redzepova jest przecież nazywana Cygańską Królową Muzyki. Początkowo projekt zakładał jedynie materiał z trasy koncertowej. Gdy pojawił się pomysł na kręcenie również w domach naszych bohaterów, nie wiedzieliśmy, czy uda nam się zdobyć na to pieniądze. Do ich domów pojechaliśmy dopiero po sześciu tygodniach podróży po Stanach, dlatego artyści traktowali mnie nie jak filmowca, a znajomego. Po prostu Jasmine. Ciekawa sprawa wynikła też przy okazji honorariów. Generalnie nie powinno się przecież płacić ludziom za to, że występują w dokumencie. Robiąc film o biednych ludziach, chciałabyś jednak jakoś im pomóc. Więc wpadłam na pomysł z prawami autorskimi. Skoro bowiem są to muzycy, mogę im przecież zapłacić za prawa autorskie.


Czy w ciągu tych tygodni zdarzyła się jakaś sytuacja, która cię zaskoczyła?
Nie wiem… Chociaż chyba jest jedna. Pamiętam, że jednego razu kręciliśmy scenę w domu Nicolae Neacsu w Rumunii. To właściwie jego monolog do kamery. Pojechałam tam razem z Albertem Mayslesem. Niezwykłe było to jak tych dwóch ludzi, w podobnym wieku, szybko nawiązało kontakt ze sobą. Gdy Nicolae zaczął mówić o swoim życiu, o przemyśleniach, często bardzo osobistych, mówił to nie w pustą przestrzeń, nie do mnie, człowieka z młodszego pokolenia, ale właśnie do Mayslesa. Ta nić porozumienia, atmosfera niesamowitej intymności była fascynująca.


Jak doszło do współpracy młodej dokumentalistki z taką legendą jak Maysles ?
Kiedyś przez przypadek spotkałam go na jednym festiwalu i tam opowiedziałam o tym projekcie. Maysles bardzo się zapalił do całego pomysłu. On jest znany z tego, że bardzo chętnie angażuje się w różne projekty, także młodych twórców.


Jego autorytet nie przeszkadzał ci w pracy?
Maysles nie należy do osób, które narzucałyby cokolwiek. Współpraca z nim była czystą przyjemnością. Choć przyznaję, że początkowo świadomość doświadczenia i dorobku, jaki za nim stoi, deprymowała mnie. Z drugiej strony jego nazwisko znacznie ułatwiło nam zdobycie funduszy na film.


Czym jest według ciebie dobry dokument?
Jest bliski fabule. To znaczy tak jak film fabularny musi mieć dobrą historię. Dokument pozwala nam poznać rzeczywistość, miejsca, osoby, których być może nigdy nie spotkamy. Jeśli obejrzę fabułę, która mnie znudzi, mam poczucie straconego czasu. Po dokumencie, nawet słabym, nigdy. Zawsze zobaczę bowiem coś nowego.


Czy fakt, że jako dziecko jeździłaś do dziadków w Indiach, pomógł ci się odnaleźć w tym międzynarodowym tyglu?
Z dzieciństwa wyniosłam pewne zachowania, zwyczaje, tradycję – to wszystko pomogło mi przy pierwszym spotkaniu z moimi bohaterami. Wiedziałam, jak mam się zachować. Mam wpojony szacunek do starszych, co w kulturze morskiej jest niezwykle istotne. Sam fakt, że kiedyś mieszkałam w Indiach spowodował, że nie traktowali mnie jak kogoś zupełnie obcego.


W Opowieściach… zachwyca różnorodność kultury romskiej. Można w niej odnaleźć jakiś element wspólny?
To chyba korzenie. Romowie wywodzą się z Indii i może to pozwoliło mi na lepsze porozumienie z nimi. Czasem tym ogniwem łączącym jest język, choć nie zawsze, co widzimy w filmie. Po prostu w Hiszpanii ta kultura staje się bardziej hiszpańska, w Polsce – polska. To właśnie ta charakterystyczna dla Romów elastyczność, umiejętność dostosowania się do warunków przy jednoczesnym podtrzymywaniu własnych zwyczajów. To, co fascynuje mnie w tych ludziach to ich poczucie wspólnoty, lojalności. Wiele rzeczy pewnie do tej pory nie udało mi się poznać, ale myślę, że tylko poprzez wiedzę i próbę zrozumienia jesteśmy w stanie walczyć ze stereotypami.


Może to Happy Birthday jest tym elementem spajającym?
(śmiech) Z tą piosenką były same problemy. To w porównaniu do pieśni, które pojawiają się w moim filmie, utwór najmłodszy, a jednocześnie najdroższy. Opłaty za prawa do niego są ogromne. Ale najśmieszniejsze jest to, że gdy kręciliśmy scenę, w której cała grupa urządza urodziny Juany i śpiewa jej Happy Birthday, uświadomiłam sobie zaskakujący fakt. Otóż artyści, którzy na scenie śpiewali fenomenalnie, tutaj okrutnie fałszowali, na dodatek każdy w swojej wersji angielskiej wymowy!