*Na początek kilka wyrzeczeń. Trzeba było zapomnieć o kampanii wrześniowej na studiach i wziąć kilka dni urlopu od pracy i innych obowiązków. Potem zadzwonić do Agi i Piotra, żeby nas przenocowali. Gdzieś na Śląsku, tam wszędzie jest blisko.*


_- Od roku wypominałam Bartłomiejowi, że nie pisnąwszy słówka pojechał beze mnie na pierwszy OFF (i nierychło będzie ci to wybaczone, mój drogi).
- Od roku obiecywałem, że nie popełnię więcej tego błędu. Sankcje znoszę godnie._



*18 sierpnia 2007. Katowice, Dąbrowa, Sosnowiec*. Szybki obiad, samochód, kilkanaście kilometrów i byliśmy na miejscu. Na pierwszy rzut oka: dobra organizacja. Kolejka niewielka, opaski, program, bramka. Spóźnieni. Pink Freud na Scenie Leśnej jazzowo uwodził publikę dźwiękami z nowego albumu. Tytuły utworów wzmagające ekscytację fanów (np. _Seks, przemoc, lęk i niemoc..._), niezawodny Mazolewski, pozytywna energia w parze z mrocznym yass-gotem, słowem – wszystko, co dobre, czego można spodziewać się po Freudach, ale… popołudniowa aura nie sprzyjała, koncert winien był odbyć się po zmroku. I jest to uwaga, która tyczy się programu Festivalu w ogólności. Na przykład, wystarczyło grunge’owy, tłusty (na granicy niestrawności) beat Piano Magic przenieść na wcześniejszą porę, zaś dobre, jazzowe brzmienie zafundować publiczności o odpowiedniej dlań godzinie. Bo, jakkolwiek ksenofobicznie to zabrzmi, zespół Piano Magic, gwiazda z UK, zamykająca w piątek program Sceny Leśnej, za bardzo się nie popisała, za to miała wiele do powiedzenia w języku angielskim, wypowiedzi swe lotne gęsto przetykając słowem „fuckin’”, które zapewne jest bardzo magic, nie mniej magic, niż jej Piano.


*Po Freudach grali Lao Che*. Panowie wykonywali głównie utwory z płyty Powstanie Warszawskie – mocno udramatyzowane i eklektyczne. Historycyzujący, histeryczny post-rock dla wytrwałych. Warto jednak nadmienić, że wytrwałych na mysłowickim Festiwalu nie brakowało. Lao Che krzewi w młodych Ducha Narodu, w dodatku czyni to w bardzo atrakcyjny sposób. Pytanie tylko, czy ów Duch jest dla nich równie atrakcyjny…
Kolejnym wykonawcą była lokalna gwiazda: Generał Stilwell. Grający od przeszło dwóch dekad artyści nie porwali nas swoim brzmieniem. Niewątpliwie zespół ma swoich wiernych fanów, jednak estetyka ich grania nie przekonała nas do tego, by w to szacowne grono się wpisać. Mało ambitne teksty piosenek, pstrokacizna rymów częstochowskich, niewyszukana melodia. Zaproszenie Marka „Dżałówy” Jałowieckiego na OFF miało być ukłonem Artura Rojka w stronę pierwszej mysłowickiej kapeli rockowej. Sentyment nie powinien był tym razem zobowiązywać.


*Z Dezertera zdezerterowaliśmy* uznawszy, że klasycy polskiego punk rocka nie są w stanie niczym nas zaskoczyć. A nawet jeśli są, to i tak wolimy skorzystać z dobrodziejstw festiwalowego cateringu. Do wyboru: kiełbasa, kuchnia wegańska, zapiekanki z przyczepy i piwo Lech-sikacz. Niezbyt to wyszukane, ale mieszczące się w standardzie imprez masowych. Ogródek piwny stanowił enklawę na terenie imprezy, mieścił się z dala od scen, a jego granic strzegła ochrona (by nie można było wyjść z alkoholem na teren festiwalu). Pomysł, z pozoru irytujący, okazał się trafiony. Dzięki niemu nie sposób było spotkać na koncertach zawianych komentatorów, domorosłych piewców ludowej pieśni, czy też łobuzów szukających zaczepki.
Po solidnej dawce punkowej tradycji przyszedł czas na postpunkowe wariacje. Te zafundowali nam Starzy Singers. Zespół ma ogromny potencjał, dobre teksty i poczucie humoru. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że powaliła nas ich ekspresja muzyczna. Panowie stanowczo przesadzili z mocą wokalu, ostrością riffów, dynamiką perkusji i częstotliwością basów. I chociaż były to kawałki, które ściągnęłyby pod scenę niejednego Sida z niejedną Nancy – Starzy Singers grali trochę jak orkiestra przedszkolaków, które za wszelką cenę i w jednym momencie chcą pochwalić się, jak to ładnie i głośno grać potrafią. Co nas zaskoczyło, bo to już całkiem duzi chłopcy (zespół istnieje od początku lat 90).


*Sensację na tegorocznym festiwalu wzbudzili chłopcy z Trójmiasta*, występujący aktualnie jako Dick4Dick. Ileż to było pisków wydawanych przez szalejący (nie tylko pod sceną) tłum, ileż staników lecących w stronę sceny. To właśnie pastiszowe utwory okraszone punkowym graniem, świadomym kiczem i– dosłownie, oraz w przenośni - ognistą, wręcz wibrującą ekspresją Dicków zahipnotyzowały nawet tych, którzy zetknęli się z nimi po raz pierwszy. Panowie Dickowie zostali stworzeni, by występować na scenie. Aha, zassać album fallicznych demonów można na ich oficjalnej stronie internetowej.
Low Freqency In Stereo… nordyckie granie – owszem, ale po cóż ambitnym muzykom skrzeczące grzechotki i takież wokalistki? Tu nawet dobra prasa zespołu nie pomoże. Czekaliśmy na wielki show gwiazdy Północy, ale jej blask bije chyba w stronę innej galaktyki.
Pierwszy dzień Festivalu zamknął koncert australijskiej formacji Architecture In Helsinki. Grupa słynie z hałaśliwych, eklektycznych brzmień, angażujących najbardziej wyrafinowane w swej prostocie instrumentarium. Pierwsze wrażenie: banda dzieciaków z „Ulicy Sezamkowej”, której przecież nie sposób nie lubić. Magia pozytywu, bardzo dynamicznych brzmień, chórki pojawiające się w najmniej oczekiwanych momentach, słowem: energetyzująca muzyka, w której rytmie ze szczerym żalem opuszczaliśmy Kąpielisko „Słupna” w Mysłowicach. Ale nie na długo, bo następnego dnia czekała nas kolejna porcja mocnych wrażeń.



*19 sierpnia 2007.* Następnego dnia, równie nieprofesjonalnie jak poprzedniego, byliśmy nieco spóźnieni. Popędziwszy pod Scenę Leśną, zdążyliśmy na koncert The Complainer, który zresztą mocno nas podzielił.
_- Wzruszający w swej prostocie – westchnąłem, gdy frontman rzucał w stronę publiczności papierowe samolociki, a Asimina, jakby od niechcenia, nuciła kolejne piosenki – ni to do mikrofonu, ni to pod nosem.
- Sami moglibyśmy założyć taką kapelę. I podobnie jak w ich przypadku, kariery by z tego nie było_ – skonstatowałam, z niesmakiem opuszczając Scenę Leśną.
_- I tym samym ominęło Cię wiele atrakcji, na przykład performance rachitycznego członka zespołu (pełniącego w nim dość nieokreśloną funkcję), który z różowym, papierowym konikiem-transparentem w ręku, sypał na publiczność confetti_
_- The Complainersi tak marudzili i zawodzili zgrzytliwą improwizacją, że nawet moja tolerancja na chaos znalazła się na granicy._
Wczesnym popołudniem O.S.T.R. zapodał swoje rymy. Publiczność wraz z nim powtarzała zaangażowane teksty i grzecznie pokazywała środkowy palec politykom oraz Dodzie. Umiejętne łączenie hip-hopu z jazzującym graniem oraz inteligentne teksty sprawiły, że Ostry po raz kolejny nie zawiódł swoich wiernych fanów.
Długo wyczekiwany (w każdym razie przez część z nas – piszących ten reportaż) koncert Cool Kids of Death wzbudzili ambiwalentne odczucia. Profesjonalizm mieszał się tu z nonszalancją, a szkoda. „Piękni chłopcy z generacji Nic” uderzyli z wielkim impetem, problem polegał jednak na tym, że impet ów był zbyt wielki. Kuba Wandachowicz nie zawahał się wyprosić spod sceny nieukontentowanego fana (?) – i to, niestety, stało się chyba największym wydarzeniem tego koncertu. Warto nadmienić, że Cool Kids zagrali trzy piosenki z nowej płyty, która swoją stylistyką kieruje się dość mocno w stronę muzyki pop. Pomysł wydaje się ciekawy, zwłaszcza, że konsekwentnie łączy nowe inspiracje z dobrym, postpunkowym brzmieniem. Tylko czy lider zespołu musiał sięgać po najcięższe działo, by bronić artystycznej bezkompromisowości?


*Bassisters Orchestra niestety niczym nie zaskoczyli offowych słuchaczy*, w składzie zabrakło Trzaski, również – niestety. Bassisters Orchestra może i „jest numer jeden”, jednakże nie tego festiwalu. Panowie zaprezentowali kawał dobrej, zespołowej współpracy, wszak każdy z nich reprezentuje dynamicznie rozwijające się zjawisko na polskiej scenie muzycznej, jednak – znaliśmy to już z płyty i wcześniejszych koncertów. Za odgrzewane kotlety – dziękujemy, kłaniając się przy tym nisko.
Folk w wydaniu Kapeli ze wsi Warszawa stanowi zupełnie nową jakość. Koncert zespołu był niewątpliwie jednym z najlepszych w trakcie tegorocznej edycji OFF-Festivalu. Kapela, jak zwykle umiejętnie, w bardzo wysublimowany sposób, połączyła różne stylistyki: od jazzu i folku po elementy etnorocka. Niektóre utwory zaprezentowała w zupełnie nowych, zaskakująco dobrych aranżacjach. Co tu dużo pisać – byli po prostu znakomici.
Dla części offowej publiczności (w tym również dla mnie – B.A.) wydarzeniem Festivalu był koncert Nosowskiej. Madame, jak zwykle, pokazała klasę. Wraz z zespołem Kamikaze wykonała głównie (choć nie tylko) kawałki z nowej płyty. Mało który koncert miał tak liczną publikę, spotykając się z tak jednoznacznie entuzjastycznym przyjęciem.


*Absolutną gwiazdą festiwalu był Syntetic* czyli Człowiek Widmo. Zaskakująco abstrakcyjne asocjacje i ekscentryczny wizerunek tegoż przyciągnęły na koncert wielu fanów dziwacznej i jedynej w swoim rodzaju odmiany elektroniki. Miszcz Pavarotti uraczył wytrzymałych autorskimi, abstrakcyjnymi zagadkami, które jedynie człowiek pokroju Syntetika był w stanie rozwiązać. Wierni Miszczowi szaleli z zachwytu.
_- Inni zaś wyszli po trzecim utworze, bo nudne to i bełkotliwe. Krzysztof Kononowicz polskiej sceny muzycznej_ – to jedyny komentarz, jaki Współautorowi niniejszego tekstu cisnął się na usta. Komentarz, który na „syntetycznie” oczarowanej Współautorce nie zrobił żadnego wrażenia.
W finale zagrał brytyjski Electralane, co okazało się druzgocącym, artystyczno-harmonogramowym nieporozumieniem. Zespół zniesmaczył nas agresywnym graniem na poziomie debiutującej Courtney Love. Przeważały: monotonia, wrzaskliwy wokal i kompozycyjne niedopracowanie. Być może zafundowano nam tę (jakże wątpliwą) rozrywkę, by łatwiej było rozstać się z długo wyczekiwanym i jednak satysfakcjonującym festiwalem. Bo poziom, choć zróżnicowany, ogólnie był dość wysoki; bo to jedno z najciekawszych wydarzeń muzycznych roku; wreszcie – bo udało nam się wyjść poza granice dotychczas znanego offu, by poznać nowe jego wymiary. Fajnie było – stwierdzamy. Bardzo subiektywnie.