Szwedzi słyną z Ikei, Volvo, Astrid Lindgren, nagrody Nobla, Ingmara Bergmana. Utrzymują też sterylną czystość w miastach, wysokie ceny i dobre zarobki, a klimat i spokojny tryb życia pozwala im cieszyć się jego urokami wyjątkowo długo.


Wiking na parkiecie
Muzyczny produkt eksportowy numer jeden to oczywiście ABBA, odnosząca ogromne sukcesy na całym świecie w latach 70-tych. Dwadzieścia lat później łupy na światowych listach przebojów podzieliły między sobą Ace of Base i Roxette, a po drodze było jeszcze mnóstwo innych sezonowych gwiazdek: dentysta Dr Alban, gejowsko-lesbijski Army of Lovers, rodzeństwo Neneh i Eagle-Eye Cherry. Kto z nas nie słuchał kiedyś chociaż jednego z wymienionych zespołów? Plakaty w „Bravo”, teledyski w niemieckiej „Vivie”, pierwsze dyskoteki i pirackie kasety kupowane na targu. Świat muzyki pop w latach 90-tych odszedł wraz z wkroczeniem mojego pokolenia w dorosłość. Chociaż wartość artystyczna tego zjawiska była śladowa, niewątpliwe wiele piosenek zdobyło tak wielką popularność nie tylko dzięki kiczowatej aranżacji i wielkiej medialnej promocji, ale za sprawą chwytliwej melodii, zapisanej w postaci prostej, trzyminutowej piosenki. Szwedzi opanowali ten fach znakomicie, świetnie też poradzili sobie z językiem angielskim, który w ich wykonaniu daleki jest od brzmienia rozmówek dla turystów. Niewątpliwym atutem stała się również uroda i głos tamtejszych wokalistek. Dwie z nich odmieniły wizerunek szwedzkiego popu, kierując go w stronę prawdziwej sztuki.


Stina i Nina
Stina Nordenstam zdobyła uznanie albumem And She Closed Her Eyes, wydanym w 1994 roku. Jedna z recenzji głosiła, że jest on definicją słowa „piękno” przełożoną na język muzyki. W jej piosenkach pojawiały się elementy jazzu i eksperymentalnej elektroniki. Następne albumy, choć nie były już tak udane, na stałe umiejscowiły ją w gronie najciekawszych współczesnych wokalistek. Młodsza od niej o pięć lat Nina Persson jest obecnie wielką gwiazdą nie tylko szwedzkiej sceny muzycznej. Karierę światową zrobiła jako wokalistka zespołu The Cardigans. W 1995 roku ich przełomowy album Life przyniósł kolekcję wyjątkowo melodyjnych i chwytliwych utworów, z których niemal połowa stała się przebojami. Potencjał takich utworów jak Rise and Shine był ogromny i dobrze rokował na przyszłość, co potwierdziły następne wydawnictwa grupy i kolejne wielkie hity: Lovefool, My Favourite Game, Erase/Rewind, czy też najbardziej aktualny z nich, o uroczym tytule I Need Some Fine Wine and You, You Need to Be Nicer pochodzący z ostatniego albumu Szwedów Super Extra Gravity, wydanego w 2005 roku. Nina Persson nie próżnuje. Obecnie nagrywa drugi album solowego projektu A Camp, którego debiut zebrał znakomite recenzje, w dużej mierze dzięki świetnej produkcji Marka Linkousa, lidera Sparklehorse. Niedawno zaśpiewała gościnnie w piosence Your Love Alone Is Not Enough Manic Street Preachers.


Głośniej od popu

W podobnym okresie jak The Cardigans na scenie pojawiły się dwa mniej popularne, ale niezwykle ważne dla rozwoju tamtejszej sceny muzycznej zespoły: The Wannadies i Popsicle. Grały krótkie, popowe piosenki z większą ilością hałaśliwych gitar. Pierwszy z nich debiutował jeszcze pod koniec lat 80-tych, jednak dopiero wielki przebój You and Me Song wydany na singlu w 1994 roku przyniósł mu znaczący sukces. Natomiast Popsicle to zespół niemal kultowy dla sceny niezależnej. Prowadzony przez utalentowanego lidera Andreasa Mattsona zasłynął głównie płytami z pierwszej połowy lat 90-tych: Lacquer oraz Abstinence. To niewątpliwie zapomniana dziś przez wielu klasyka skandynawskiego popu. Do Polski w trochę późniejszym okresie dotarł inny znakomity zespół o nazwie Kent. Do pewnego momentu kariery zespół wykonywał swoje utwory w rodzimym języku, potem zdecydował się na angielskojęzyczną wersję płyty Isola. Efekt był znakomity. Nagranie If You Were Here szybko stało się sporym przebojem, co zachęciło muzyków do zastosowania identycznego rozwiązania przy wydaniu kolejnego albumu Hagnesta Hill. To jeden z moich ulubionych albumów nagranych przez szwedzkich muzyków. Wspaniały singiel Music Non Stop i kilka małych arcydzieł: Kevlar Soul, Quiet Hearts, Protection. Niestety, na następnych płytach Kent powrócił do śpiewania po szwedzku i tym samym ograniczył się do kontynuowania kariery na krajowym rynku.


Pies labrador

Historię muzyki pop w Szwecji w ostatnich latach tworzą przede wszystkim artyści nagrywający dla firmy płytowej Labrador. Powstała ona z inicjatywy członków zespołu Acid House Kings, który jest jej głównym przedstawicielem. Niedawno wpadła mi w rękę 4-plytowa, okazjonalna składanka Labrador 100, prezentująca najciekawsze utwory znajdujące się na stu płytach wydanych przez Labradora. Nie sposób wspomnieć o wszystkich wykonawcach, warto jednak zapamiętać kilka nazw: Loveninjas, Sambassadeur, Irene, Club 8, Suburban Kids With Biblical Names, The Mary Onettes, The Radio Dept. Większość z nich to dopiero przyszłość szwedzkiej muzyki. Polecam chłód i nowofalowość dwóch ostatnich oraz lekkość i przebojowość dwóch pierwszych zespołów z tej listy. Pop nigdy jeszcze nie był tak bliski ideału.


Jens i Jose
Szwecja to również kraj, który światu ukazał kilku wybitnie utalentowanych piosenkarzy z pogranicza popu i folku. Na pozycję nr 1 wybija się Jens Lekman, człowiek-orkiestra, piszący genialne piosenki z ciekawymi tekstami. W amerykańskiej wytwórni Secretly Canadian wydał swoje dwie płyty: When I Said I Wanted to Be Your Dog i najnowszą Night Falls Over Kortadela. Jego rówieśnik Emil Svanangen jako Loney, Dear nagrał niedawno bardzo dobry album Loney Noir dla kultowego Sub Popu. Największym sukcesem pochwalić się może Jose Gonzalez. Piosenka Heartbeats (w oryginale wykonywana przez inny szwedzki zespół The Knives) zrobiła ogromną furorę dzięki reklamie Sony Bravia, w której wykorzystano jej fragment. Nowy album Gonzaleza In Our Nature właśnie trafił na półki sklepowe. Ciekawy jest również solowy projekt Davida Pagmara, zatytułowany Montt Mardie. To pop z dużą domieszką soulu i muzyki elektronicznej.


Skandynawscy kowboje

Nowa folkowa muzyka, określana także jako alternatywne country, stała się główną inspiracją dla Szwedów z Amandine. Szczególnie warty polecenia jest ich debiut z 2005 roku This Is Where Our Heart Collide, podobnie jak dwie ostatnie płyty szwedzkiego kowboja z gitarą, podpisującego się jako Boy Omega. Warto wspomnieć również o dwóch debiutach: Until Death Comes Fridy Hyvonen, której twórczość można by porównać do Tori Amos i Somewhere In the City Tobiasa Froberga, przywołującego na myśl dokonania Nicka Drake’a i Tima Buckley’a. Ważnym ośrodkiem muzycznym jest oczywiście stolica Szwecji. Życie w Sztokholmie sprzyja tworzeniu piosenek. Przykładem tego jest twórczość takich zespołów jak The Concretes, Heikki lub Peter Bjorn & John. Ci ostatni wylansowali niedawno wielki przebój Young Folks, który obok nagrania Treehouse grupy I’m From Barcelona (zespół ten ma 29 nieregularnych członków!) mógłby być prototypem radiowego przeboju. Od takich melodii naprawdę ciężko się uwolnić.


Obrona Częstochowy

2007 rok był wyjątkowo udany dla muzyki w Szwecji. Moim ulubionym albumem ostatnich miesięcy jest Our Ill Wills grupy Shout Out Louds. Świetne i pomysłowo zaaranżowane utwory, których słucha się z wielką przyjemnością. Bez słabych punktów. Sporym odkryciem, choć bardziej dla smakoszy i koneserów subtelnego piękna, jest projekt Sarah Assbring o nazwie El Perro del Mar. Nie sposób pominąć też krakowskiego koncertu The Book of Daniel w klubie „Łubu-Dubu”. Radość grania, ładne harmonie wokalne i instrumentarium oparte m.in. o saksofon - tak najkrócej można scharakteryzować zespół dowodzony przez Daniela Gustafssona. Ich debiut Songs For the Locust King już zbiera znakomite recenzje.
Zdaję sobie sprawę, że nieświadomie, ale też i celowo pominąłem kilku innych, ciekawych szwedzkich twórców muzyki. Przede wszystkim chciałem jednak podzielić się osobistymi fascynacjami, a przy okazji postawić jakże ryzykowną w polskich realiach tezę, że muzyka pop może być dobra.