W czterdziestomilionowej Polsce, w beznadziejnie umiarkowanym klimacie, światowego formatu gwiazdy muzyki rozrywkowej jakoś się rodzić nie chcą lub, co bardziej prawdopodobne, nie mogą. Tymczasem niewielka społeczność islandzka wypuściła w świat już kilku artystów, którzy zdobyli międzynarodową popularność. Ostatnio coraz śmielej poczyna sobie kolejny projekt – Múm.
Najnowszy album studyjny, podobnie jak trzy poprzednie, rozsadza każdą gatunkową szufladkę, w którą usiłuje się go wtłoczyć. Múm najczęściej określa się mianem elektroniki lub alternatywnego popu. Ta klasyfikacja daje słabe pojęcie o atmosferze panującej na płytach Islandczyków. Oprócz rozmaitych cudów elektroniki dużą rolę odgrywają tu smyczki, trąbki i akordeon, dzwonki, cymbałki oraz instrumenty tradycyjne. Na charakterystyczne brzmienie zespołu składają się też subtelne, szeptane partie wokalne w egzotycznie brzmiącej angielszczyźnie z islandzkim nalotem.
To płyta, której warto słuchać od początku do końca, w skupieniu śledząc muzyczną narrację budowaną na przestrzeni całego albumu. Utwory Múm źle znoszą wyrwanie z kontekstu, otoczenie radiowego bełkotu czy „przycinanie” na potrzeby promocji. Rozkwitają, gdy poświęci się im trochę czasu i uwagi. Delikatne kompozycje zlewają się w jednorodną stylistycznie całość, paradoksalnie jednak są pełne kontrastów; na poziomie głównej linii melodycznej wyciszone, a równocześnie rozedrgane i niespokojne w warstwie rytmicznej. Łączą syntetyczną perfekcję z surowością żywych instrumentów, impresjonistyczną grę barwą ze zdyscyplinowaniem elektronicznych podkładów.
To, co w muzyce Múm najbardziej unikalne, znajduje się na styku tych przeciwstawnych elementów. Do tego należy dodać trudny do zdefiniowania pierwiastek islandzki; ten sam, który przenika muzykę Björk czy Sigur Rós. Efektem jest album, który równocześnie koi i niepokoi, w każdym razie - silnie uzależnia.


Múm
Go Go Smear The Poison Ivy
Fat Cat, Sony BMG 2007