Motyw teatralnej fikcji przeciwstawionej skonwencjonalizowanemu teatralną kurtyną fałszowi nie został skonfrontowany z metatekstowymi zagrywkami Szczepana Twardocha, autora „Króla”, za którego zebrał tyle samo pochwał, co krytyki. Wzbudzającemu skrajne emocje (zwłaszcza na facebooku) pisarzowi oberwało się – nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz – za seksizm, maczyzm i bełkotliwość. Fani powieści komplementowali za to wartką akcję, umiejętność budowania napięcia i oddania klimatu przedwojennej Warszawy. To, co rzeczywiście w powieści wydaje się interesujące, to pełna rytmicznych powtórzeń narracja niewiarygodna, pełna dziur ale i – kiedy trzeba – momentów absolutnej kondensacji zdarzeń. Co w „Królu” zainteresowało Strzępkę i Demirskiego?

Trudno powiedzieć. Zamiast dekonstrukcji powieści, czego spodziewałbym się po Demirskim (choćby po jego ostatnim scenariuszu inspirowanym „Jądrem Ciemności” Josepha Conrada), na scenie Teatru Polskiego mamy do czynienia z zaskakująco wierną, zapełnioną wyrazistymi bohaterami adaptacją z wielowątkową narracją i twistem fabularnym rodem z serialu kryminalnego. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z trzymającą w napięciu, dobrze zagraną, teatralną rozrywką?

Sama historia boksera Jakuba Szapiro – szykownego twardziela o miękkim sercu, polskiego Żyda, socjalisty niebrzydzącego się przemocy – rzeczywiście należy do tych z gruntu intrygujących. Ciekawość budzi ponadto epoka, w której osadzona jest akcja „Króla”. Blichtr końca lat 30-tych XX wieku skonfrontowany został z perspektywą młodego Mojsze Bernsztajna wkraczającego w świat ulicznych gangsterów i zdegenerowanej polityki, gdzie szykowne garnitury idą w parze z bronią, a kawiarnie szybko zamieniają się w burdele. Atmosfera na ulicach przedwojennej Warszawy gęstnieje, nasilana przez antysemickie nastroje. Przemoc czai się w wąskich zaułkach miasta, eskaluje w samym centrum, a kończy obozem w Berezie Kartuskiej.
Odmalowany przez pisarza konflikt bojówek faszystowskich i żydowskiej lewicy odnajduje u Strzępki swoje należyte miejsce, stanowiąc nie tyle tło, co główną oś fabularną spektaklu.
Sporo tu również skonwencjonalizowanej przemocy; gwałt, tortury i odcinanie ręki ubrane w teatralny gest noszą znamiona groteski. Dobrze wypadają sceny zbiorowe, jak zwykle sprawnie zainscenizowane przez reżyserkę. Choć w momentach bójek musimy sobie sporo rzeczy wyobrazić, to momenty męskiej solidarności w imię wyznawanych wartości są tu mocne i zagrane z werwą. Mimo, że akcja z czasem przyspiesza, a wykorzystana do cna obrotówka kręci się jak szalona (patron Teatru zobowiązuje), spektakl niestety dłuży się, popadając w monotonię. Nawet wprowadzanie na scenę nowych bohaterów nie ekscytuje, zwłaszcza, że bardzo często grani są przez tych samych aktorów (Paweł Tomaszewski dwoi się i troi, po czym jego postać za każdym razem idzie do piachu), lub giną w natłoku zdarzeń (tak jak wątek Moryca Szapiro).

Przez konieczne skróty fabularne ucierpiały zwłaszcza kobiety. Z epizodu Anny Ziębińskiej nie wynika nic więcej, poza utrwalonym przez dekady wizerunkiem femme fatale. Żona Szapiro, Emilia, nie stanowi żadnego kontrapunktu ani dla Jakuba, ani dla młodego Mojsze. Najciekawsza z nich – Ryfka Kij ma dobre momenty (przede wszystkim wokalne), ale koniec końców i tak zostaje sprowadzona do roli kwiatka w butonierce mężczyzny – dzielnego Jakuba Szapiro. Choć Twardoch do feministów raczej nie należy, jego bohaterki mają w sobie odcienie szarości, przeżywają wewnętrzny dramat, choć na ogół skupiony wokół głównego protagonisty. Na scenie tego nie widać. Adamowi Cywce daleko do klasy i wdzięku powieściowego Szapiro, bliżej do brutala z filmów Scorsese. Najlepiej aktorsko radzi sobie Krzysztof Dracz jako Kum Kaplica, w znakomitym gościnnym występie odnajdując dla swojej postaci niezbędny dystans wpisany w narrację „Króla”.

Najbardziej enigmatyczna postać, powieściowy Litani, bies, obserwator znajdujący się gdzieś ponad ponurym światem, rozczarowuje w swoim teatralnym wydaniu. Strzępka zdecydowała się gest ryzykowny, wprowadzając go jako osobną postać. Szkoda że z intrygującego pomysłu zrodził się kiepski efekt –  grająca Litaniego Barbara Kurzaj, w której usta wciśnięto niektóre kwestie drugoplanowych postaci, snuje się po scenie trochę nie wiadomo po co, wykonując numery z playbacku lub ciągnąc po scenie wielką kukłę ośmiornicy (sic!), w obecności której prowadzone są u Strzępki tak zwane „rozmowy na szczycie”.

Odniosłem wrażenie, że oprócz fabularnego prowadzenia nas za rękę po umorusanej we krwi Warszawie (nazwy ulic są wyświetlane na zaprojektowanej przez scenografkę fasadzie kamienicy), duet nie miał pomysłu jak ugryźć prozę Twardocha i przenieść ją na scenę Polskiego. Pełno tu klisz i wyświechtanych motywów: jeśli homoseksualista, to przegięty, jeśli zepsuta kobieta, to w czerwieni. Mamy też podstarzałego, ubranego w wytarty sweter narratora-pisarza ze stolikiem i postawioną na nim maszyną do pisania oraz bokserski ring jako metaforę świata, pola nieustannej walki. Końcówka spektaklu sprawia wrażenie montowanej na szybko, blado wypada kluczowa przewrotka (której nie zdradzę).

Wydawałoby się, że Teatr Polski przechodzi renesans, pozyskując nowego widza. Znakomitą premierę miała tam niedawno Anna Smolar z „Kilkoma obcymi słowami po polsku”, potem Iwan Wyrypajew wystawił bez skreśleń, ale z polotem, „Wujaszka Wanię” Czechowa. Przyszła pora na adaptację powieści współczesnego polskiego pisarza, z akcją osadzoną w międzywojniu i kontrowersyjnym, antysemickim tematem (który zapowiadał już niebanalny plakat). Jak się jednak okazuje, Strzępka i Demirski swoim przedstawieniem niczego nie wywracają (choć ile można, już kiedyś rewolucji dokonali), trafiając w gruncie rzeczy w gusta mieszczańskiej publiczności Polskiego. Ale może o to chodziło? Powieść Twardocha, choć też nie do końca temu zadaniu sprostała, miała chyba jednak większe ambicje – próbowała tworzyć społeczne diagnozy dotyczące polskiego antysemityzmu i rasizmu. Na scenie wybrzmiewa to w plakatowej wersji.

W jednej ze scen faszystowski blondwłosy bojówkarz intonuje „Chwała wielkiej Polsce”, wyciągając przed siebie prawą dłoń, namawiając do śpiewania publiczność. Nikt się na to nie odważa, widzowie reagują nerwowym chichotem. No cóż, pustym śmiechem nie zwalczymy szkodliwego nacjonalizmu. Prostymi analogiami – że kiedyś było tak i teraz jest podobnie, też nie. Siła rażenia wydaje mi się większa, gdy twórcy sięgają po bardziej subtelne, głęboko przemyślane środki wyrazu, działające od wewnątrz, próbujące rozmontować pewne utarte gesty faszyzmu i przemocy.
Swoją drogą, proza Twardocha miała już swój debiut na scenie, co prawda pochyłej, nie obrotowej. W katowickim Szybie Wilsona Ewelina Marciniak wystawiła kilka lat temu „Morfinę”. Choć nie wspominam tego spektaklu z rozrzewnieniem, to w swojej niekonsekwencji (zwłaszcza fabularno-narracyjnej, trochę na bakier z oryginałem) reżyserka była przynajmniej wytrwała. Strzępka podążyła zaś prostą ścieżką, ale trafiła w ślepą uliczkę.

Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie
„Król”
Szczepan Twardoch

Adaptacja: Paweł Demirski
Reżyseria: Monika Strzępka
Scenografia: Anna Maria Karczmarska
Kostiumy: Arek Ślesiński
Muzyka: Tomasz Sierajewski
Reżyseria światła i projekcje: Robert Mleczko
Choreografia: Jakub Lewandowski   

Fot. Magda Hueckel